Sunday, July 27, 2008

wietnam!

Warto zacząć od początku.

Lot do Ho Chi Minh miałam nieco stresujący. Ale warto zacząć od początku :] Dojechałam na lotnisko pod KL. Chciałam sie za-check-ować. Nic niezwykłego. Niezwykłe było to, że nie udało mi się, buuuuuuuuu, aaaaaaaaaa - zaraz lot, czego oni ode mnie chcą???:( Do Wietnamu Polacy - gdybyście się wybierali, to wiecie już:D - potrzebują wizę:] Wyrobioną wcześniej. Tzn wyrobić trzeba papier, dzięki któremu na lotnisku w Wietnamie dostanie sie wizę. Dostanie jak dostanie - 25 USD, kurcze, za tyle to duża rodzina żyje tam rok... no właśnie - WIĘC niech im będzie:)

Ja w każdym razie od agencji dostałam tylko bilet lotniczy, papieru wizowego - tak nazwijmy ten obrzydliwy ważny papier:P
A bez tego ani rusz. Lotnisko od miasta kawał drogi, lot zbliza sie, yeahhhhh, yupiiiiiii, lalala!!
Dzwonię do agencji. "A tak, no papier leży na biurku, dear don't worry". Sweet. Przefaxowali. Udało się.
Kolejna kwestia. Ho Chi Minh, lotnisko. Wypełnianie aplikacji o wizę. Papier wizowy sprawy nie załatwia. Po co tam jadę? Oczywiście zwiedzać.
W jakim hotelu się zatrzymam??
Kto jest osobą kontaktową??
Numer telefonu do niej?? - nie znam nawet kierunkowego do Wietnamu, więc wymyślam przypadkowy ciąg cyfr. Imię i nazwisko azjatyckie też jakoś wymyśliłam. Hotel... Nie wiedziałam, czy hotele sieciowe w Sajgonie są (pierwotna nazwa miasta). Bałam się wpisać Sheraton, Hyatt, napisałam HOTEL.
"Which hotel?"
"Well, with my friends we're still not sure. But a hotel somewhere close to the airport."
"OK"
Uff, kolejna wiza w paszporcie jest!

Potem było juz tylko fajnie. Sajgonki na kolacje, a co! Masaż, ale jaki!


miał byc foot massage, był cudowny full massage, z owocami:)

Właściwie to skłamałam, po locie nie było już tylko fajnie. W nocy oka nie zmrużyłam. Byłam w pokoju ze stylistką od ciuchów. Najpierw do 1.00 w nocy prasowała ubrania (a ja się bałam, że gdy wrócę z masażu po 23.00 to ją obudzę...). Potem chrapała gorzej niż lew.
Pracę zaczęliśmy o 6.00 rano. Rano i upalnie, ale zabawnie. Sajgon to miasto, przez które przepływa tyle stalowych rzek ile jest ulic. Mam na myśli ciągi motorów, których kierowcy nie potrafią sie zatrzymać, jedynie trąbić. W tym są świetni!
A my mieliśmy nie raz zdjęcia na ulicy. Niebezpieczne, ale - ponieważ przeżyliśmy - mogę powiedzieć, że warto było:)

chwilowo nie jadą, strzelamy!

przyjechałam do Sajgonu na sesję, a w tle jest DOSŁOWNIE "notre Dame Ho Chi Minh" :]


zabawne pozy naszych modeli :D




a na lunch?? może elephant fish. brrrrrrrr:)

ale tak poza tym boskim storzeniem, to kuchnia wietnamska jest boska :P My Polacy, z resztą, to wiemy;)


a po sesji?? enjoy!

z make-up-istką!


sexy pose of our stylists!!


hawaian vietnamese boys :D

piękna Mira :*


a na następny dzień zwiedzanie, kupowanie... turistiko:) a tam tanio, że hej!

Trafiłyśmy na olbrzymi targ z: mięsem, rybami, kwiatami, owocami morza, owocami, warzywami, podróbami typu torebka Prada za 5 dolarów, tradycyjnymi wietnamskimi wyrobami, pamiątkami - wszystko w jednym!










A to zdjęcie zrobiła nam austriacka turystka, której chłopak jest Polakiem!! Poza tym słyszałam Polaków w Sajgonie, na tym targu!!!!! w KL ani razu jak dotąd:(



typowe...



kabelki??



3 dni, niedługo. Ale po powrocie do KL czułam się, jakby mnie tydzień nie było. Wietnam - inny świat!

Saturday, July 19, 2008

arabiko



szisza! a kto sziszy nie pali, zwłaszcza, gdy odwiedza kraj arabski... kiepsko ma!
to uwielbiamy z dziewczynkami modeleczkami :]






pani która wypieką ..chyba naan - czyli arabski chleb!

Nie tylko ja mam samochód w kwiaty??





Sunday, July 13, 2008

mówią...

'hard work has a future payoff' (laziness pays off now ;D)

A zwłaszcza (nie odnoszę się do tego co w nawiasie powyżej oczywiście;p), jeśli takie doświadczenie jak sesja ze słoniami, lwami, żyrafami, na safari, na sawannie, z Nigeryjczykami potraktuje się jak dobra zabawę. Wtedy ta praca nie jest taka ciężka. No, bo widzę, że sie martwicie, że sie przemęczam tu zamiast odpoczywać w wakacje :] Coś w tym jest na pewno, że przyleciałam do Kuala Lumpur (a potem wybieram się do Tokio, lalalala lalala LALALA l a l a l a l a :D), aby pracować. Ale też doświadczać różnych dziwnych rzeczy. W pracy, zwiedzając, poznając. Np. ostatnio transwestyta (w Malezji tzw ladyboys na pęczki!:]) - i to taki stuprocentowy (zoperował się, znaczy się;p) był głównym stylista podczas sesji zdjęciowej, a co więcej - w pewnym momencie zorientowałam się, że i mój makijażysta to panipanpanpani (chyba jednak pan-kiedyś-pani-teraz:)). Heh, a jakie to miłe:)

A wracając do słoni. Niestety teraz z nimi zdjęć nie wkleję - obiecano mi podesłać na maila jak już będą gotowe te od fotografa - mam za to (robione swoim aparatem ;]) np. te z Nigeryjczykami. Otóż, ostatnie 3 dni spędziłam na wycieczce po Afryce nieopodal KL ;) Mam nadzieję, że fajny katalog ciuchów w stylu retro wyjdzie. Na pewno fajne było przytulanie się do słoni:))), zdjęcie mojej buzi i obok buzi żyrafy (one się zawsze tak uroczo śmieją i mają niebieskie języki :P), a! no i nauczyłam się prawdziwy turban wiązać!!... Wszystko o tyle w trudnych warunkach, że:
a)w południe mamy tu słonko dokładnie(!) nad głowami - do równika rzut ...turbanem;p
b)wilgotno w Malezji jak w buszu, bo to busz!
c)sauna+solarium (zło okrutne) na zewnątrz brzmi dobrze, jak się nie wie co to znaczy (pracować w takim czymś, nie mogąc sie opalać:(( ) << OBIECAłAM NARZEKANIE JUZ W PIERWSZEJ NOTATCE Z KL;)

Także słonie wystarczy trochę podszkolić (bo oczywiście nie było to dzikie safari), a jestem pewna, że będą lepszymi modelami (a na pewno atrakcja na zdjęciu) niż... ja :-{ (heh;p), żyrafy - te nie były szkolone! (słonie szkolą tam, bo codziennie jest 'performensik' - słoń rysuje coś, jeździ na rowerze i takie tam... męczarnie dla tych uroczych stworzeń), a lew - ten był równie słodki i spokojny jak mój pies Moris :)


Malezja to natura!


polskie krowy?



zakładamy turban :)

makumba ajjjj

always coca cola!!


(czekam na lepsze zdjęcia:P)

Wednesday, July 9, 2008

Petronas Towers

jedzenie jedzenie komu jedzenie!!??!!?? w drodze na wieże...


kolejka chcących na szczyt;) prawie szczyt... turyści mogą wjechać tylko na balkon łączący wieże, pity!


z Eleną :)


a najpierw film :) o Petronaskach ;)Niezła to konstrukcja, 451,9 m, 2 wieże po 88 pieter (8 to szczęśliwa liczba dla Chińczyków), 32 000 okien (w pokojach: biur, licznych galerii, sklepów, restauracji, filharmonii [do której oczywiście się wybieram!:D]), dużo(!) metalu, wieże wysyłają sygnały na cały świat (a licho wie co to za sygnały;p) i takie tam;p Projekt to połączenie tutejszej tradycyjnej architektury z nowoczesną! Wieże zaprojektował Amerykanin, César Pelli (strasznie amerykańsko brzmi!!:]), a ostatecznie zostały otwarte w 1998 roku. No i robią wrażenie, a że w nich byłam to nie wydają się juz takie obrazkowe tylko :)


widok z góry;) KLCC (wieże) najwyższe, więc wszystko dookoła takie... niższe?;p









wiele pięter ;] a winda jedzie szybko tak;)




:))))





bardzo dużo zdjęć, bardzo!