Tuesday, January 19, 2010

znów uwagi

O szaliczkach przepustkach.

Jest taka biblioteka, w której warto bywać. Jak w klubie nocnym, porządnym barze sushi czy drink barze na Foksal. Nazywa się ją BUW i skrót ten w 99,9% źle się odmienia. Bo się mówi "idę do ukochanego buwu", a nie do ukochanej.
Mało tego. Do ukochanej nie można sobie ot tak pójść. Trzeba się ubrać adekwatnie, to jasne. Szaliczek obowiązkowy. Nie byle szaliczek na zimowe mrozy. Ja, na przykład, tylko takie mam i teraz mi głupio. Mam jeszcze ludową chustę z krakowskich Sukiennic, ale to tym bardziej. Szaliczek musi mieć naszytego konika albo chociaz flagę, małą, ale jakoś widoczną, bo zawsze wyeksponowaną, przynajmniej, jeśli wybieramy się do ukochanej. Flagę w kolorach polskiej flagi narodowej, tylko kolory obok siebie, a nie pod sobą. Czyli wszystko jasne. Aha, i każdy musi ten szaliczek zobaczyc, żeby posiadacz szaliczka poczuł się lepiej. Czyli z czytelni schodzimy na dół, do szatni, gdzie życie towarzyskie kwitnie. Schodzimy w szaliczku i jak najczęściej, bo te pałki w czytelni w książki wgapione i nie patrzą na szaliczki. A taki szaliczek (pozornie) niedbale zarzucony (flagą do przodu, to już wiemy i tego się spodziewamy, tego przestrzegamy jak wierni dziesięciu przykazań!) na jabłko (wiemy też j a k i e jabłko), które niesiemy pod pachą, i z którym - tak jak z szaliczkiem - za każdym razem schodzimy na dół. To jest czad i szacun wśród szanujących się studentów!
Więc naprawdę, zwykli ludzie, weźcie to pod uwagę, bo w miejscach w których się bywa, bywa się na ściśle określonych zasadach. To nie jest wszystko takie łatwe, tak sobie pójść do biblioteki. To styl trzeba mieć i uważać czy nadal.

Tuesday, January 12, 2010

parę uwag z dziś

MARKET(ING) SPOSOBÓW... czyli sprytne metody przeważnie przyjemne dla ucha, a z ciałem to różnie już jest!



Gdy wszystko jest.

Nie chcę dać do zrozumienia, że przeżyłam ciężkie lata komuny i teraz uważam, że ludziom się w głowie przewraca, i już nie wiedzą jakiego kształtu makaron polać jakim sosem (włoskim, chińskim, tajskim, każdym jaki jest wogóle), czym to posypać dla dekoracji, na czym podać, i z czym - z colą o smaku zielonej herabty, a może wiśniowym albo z winem, drinkiem... z parasolką oczywiście! Trzeba tylko wybrać kolor i kształt parasolki.
Nie, nie, to byłoby zwykłe kłamstwo, bo w PRL żyłam rok. Ja stwierdzam, że wszytsko jest i dodaję, że bardzo mi z tym dobrze. I jedynie smutek ogarnia jak myślę, co czynić muszą ci, którzy konkurują, aby ze wszytskiego klient wybrał właśnie ich produkt, restaurację, sklep.
Sposobów widzę ostatnio kilka, przezabawnych dodam.

Jak przebić się z kluskami? No i tu pada jedyna słuszna ostatnio opowiedź. Jaka? Napisać na etykiecie EKO. Ewentualnie BIO. Czy jest rzeczywiście EKO/BIO to nieważne. Jaki przeciętny zjadacz makaronu (choćby był to makaron BIO) wie, co to tak naprawdę znaczy BIO i jak odróżnić BIO od nieBIO czytając informacje na etykiecie. Ewentualnie student SGGW, conajmniej. Myślę, że magister raczej. Doktor?
Ważne, że jest modnie. Tak, jak poleca redaktorka Elle z rubryki KUCHNIA, a raczej EKOKUCHNIA. Styl bycia mówi "ma być EKO", styl myślenia też. Gratuluję lobby zajmującemu się kwestią produktów BIO.
A zatem taki pomysł. W sytuacji, kiedy mamy w Warszawie 200 restauracji sushi, otwierając kolejną, nazwij ją (nie Tomo, Yumi, Sake, Tamago) EKO SUSHI. Spytany, co w sushi, które serwujesz jest EKO, parsknij ale grzecznie śmiechem i powiedz, że te świeże ryby, ryż, wodorosty szczególnie przechowujesz, no... wszystko podczas przygotowania takiego sushi odbywa się w BIOwarunkach. I starczy, sukces gwaranctowany. Taki sprzedaję pomysł, może kiedyś pożałuję, ale pewnie nie ja pierwsza mówię o bio-surowych-rybach, a jak nadejdzie to kiedyś (i mądre wskazówki trzeba bedzie samemu zastosować), to już każda restauracja sushi będzie BIO, i trzeba będzie znów być o krok do przodu.
Ach! EKO sushi podajemy na... liściu bambusa. Chciałam powiedzięc, kawałku kartonu, ale bambus też brzmi EKO, a bardziej pasuje. W każdym razie żadne talerze!

Ale wkurza mnie jedno. Brak konsekwencji, bo jak widzę jakąś zgrillowaną panienkę ze sztucznymi paznokciami, odpalającą papierosa od papierosa, ale owszem kupującą EKOPOMIDORKI w sklepie "BIO żywność" to nie wiem, czy ona żyje zdrowo, czy na pokaz. To znaczy wiem. Tylko moda na solarium przeminęła, halo!

Piszę o sklepie, i właściwie tym samym jestem niemodna. Teraz nie kupujemy w sklepach, ale w przestrzeniach. EKO przestrzeniach, artystycznych przestrzeniach, to ma brzmieć lepiej. Bo nie brzmi? Zamiast supermarket z najtańszym kilogramem jabłek w kraju i kosmetykami Nivea, powiedzmy przemysłowa przestrzeń. Od razu innej jakości są te jabłka i kremy Nivea. To już nie metalowy hangar. Przestrzeń... Czyli szyk spraw codziennych.
A propos Nivea, polecam nowy tonik nawilżający do skóry normalej i mieszanej. W niebieskiej butelce. Nie jest BIO, a kupiłam go w supermarkecie. O mój Boże, nie jestem ekotrendy. Piszę, piszę i nic, zwykły tonik ze zwykłego Carrefoura :(


PS. A gdyby tak w walce o podniebienia miłośników energetyków Tiger okrzyknął się EKOTIGEREM, sprzedaż wzrosłaby natychmiast. A gdyby napisać dużymi literami "z ekotauryną"... Nie liczy się tauryna, liczy się, że jest EKO.

Tuesday, October 6, 2009

Co jeszcze w Japonii...

Banany.

Przyznam ze zdziwieniem, które mnie nie opuszcza już od paru lat, że nigdzie indziej na świecie nie jadłam tak pysznych, bo słodziutkich, mięciutkich - moje podniebienie ma z nimi dobrze. Ale nie byłam w ojczyźnie Chiquity - może warto się wybrać do Kostaryki, zrobić research i albo poddać się, albo zwrócić honor... Imponujące jest na pewno to, że w Tajlandii, Malezji czy Hiszpanii nie mają TAKICH bananów. Tymi w Tajlandii byłam w ogóle zawiedziona. Małe, twarde, zielone, a przecież co jak nie banan ma być żółte. Nie jestem naiwna i nie myślę, że banany, które będąc w Tokio na śniadanie jem codziennie rosną na którejś z wysp Japonii (choć może... na Okinawie?), ale skąd oni je sprowadzają? Może właśnie z tych republik bananowych, a smak bardziej jeszcze wyrażny nabierają w podróży, dużej jak Pacyfik.

Przy stole.

Mówią, że kulturę kraju poznasz po jedzeniu, manierach przy stole, sposobie jedzenia. No więc nie mam się co dziwić, że chustek do nosa się nie używa, nosem się pociąga i głośna orkiestra z tego powstająca to nic nie niepoprawnego. Bo... przy stole można siorbać. To znaczy - po prostu, siorbie się. Nudle typu ramen czy udon zalewa się rosołem i podaje w wielkich misach, a spożywanie tego przysmaku wygląda tak, że podnosi się miskę na wysokośc ust i wszytsko na raz... wciąga - makaron, rosół, dodatki typu grzybki czy kawałki mięsa - wydając "ciekawe", niesmaczne dla mnie, dźwięki.

Z kolei przy stole zupełnie nie zwraca się uwagi na to, co inni wybierają do jedzenia, nie zmusza się "weź jeszcze kawałeczek, no nie smakuje ci?, troszkę tylko...". Taką zasadę warto by było wprowadzić, tylko że to nie zasada, lecz tradycja, sposób bycia, a i "naszej" tradycji i "naszego" sposobu bycia nie zmienimy. Myślę, że większóść i tak jest z niej dumna, choć to dosyć nachalna sprawa. I przenosząc to nie interesowanie się innymi na ulicę - Japończycy nie są dzielnymi obserwatorami ubrań, makijażu, fryzury pozostałych przechodniów. Skupieni na sobie, co ma też wiele gorszych stron!, patrzą przed siebie, na siebie, ale nie na ciebie.

Przy okazji większego świętowania na stole przewaznie jest 10 potraw conajmniej. My z Kadri, zresztą, pewnego razu, co opisywałam, także przygotowałyśmy tyle potraw, że "półmiski" (piszę w cudzysłowie, bo - co może na zdjęciu nie było widoczne - często były to papierowe talerzyki lub plastikowe z postaciami z bajek Disneya:)) ledwo mieściły się na naszym stole. Ale nie jest to 10 mich pełnych jedzenia, które koniecznie tego wieczora trzeba spałaszować. Po troszę. Jak w życiu - mam wrażenie, że Japończykom osiągnięcie psychicznej i fizycznej równowagi przychodzi z dużą łatwością. Oczywiście, są liczne nawet przypadki, pokazujące, że Japończycy nie radzą sobie z przepracowaniem, z nadmiernym skupieniem na sobie i własnych problemach (które w ten sposób sztuczny się tworzą). Jednakże zasada zza stołu nadal znajduje szerokie odzwierciedlenie w pozostałych aspektach życia. Jest co naśladować. Podróże inspirują.

Wielkość.

I znów - stoły w domach są niziutkie, jak oni :P Ale nie o tym chciałam tu napisać. O dużym rozmiarze, jakim może się szczycić to miasto. Truizm, ale posłuchajcie. Tak się stało, że jadąc na casting w poniedziałek zasnęłam. Przyśniła mi się piękna i długa historia. Od razu spisana, byłaby znakomitym scenariuszem filmu. Obudziłam się, poruszona hepiendem mojego snu, a my nadal nie dojechaliśmy do miejsca castingu. Jedziesz, jedziesz, jedziesz, myślisz nawet, że to inna wyspa już, a to wciąż Tokio. No tak - tylko nadal te wysokie, wielkie i po prostu przerażające rozmiarem budynki, nie do okiełznania.

Lekarz.

Jak nigdy dotychczas mam okropną alergię, która objawia się opuchniętymi oczami. Z marszu postanowiłam z moją menadżerką pójść do lekarza. Z marszu się udało. Przyjemnie, bez problemu, kolejek, zapisywania, 2 minuty od domu (dodam, że gdybym mieszkała gdzie inedziej w Tokio, też by tak było). Ta sytuacja łagodzi wszelki ból. Niestety nie na długo, bo wizyta trwała krótko. Oby leki tutejsze pomogły równie szybko. Ach, a lekarz nawet po angielsku (trochę!) mówił. Japoński porządek, serdeczność, uwielbiam...

Saturday, September 26, 2009

He was a hardworking farmboy. She was an Italian supermodel. He knew he would have just one chance to impress her.

The fastest and easiest way to learn Italian - Rosetta Stone.


Saturday, September 19, 2009

Tsukiji

Tsukiji to miejsce jeszcze bardziej niesamowite niż i tak już niesamowite Tokio. Mieści się w samym sercu Tokio, jednak nie oddaje - jak to z sercem bywa:) - charakteru miasta. Jest enklawą o zupelnie innym klimacie niz reszta stolicy Japonii.

Tsukiji to targ rybny. Targi z jedzeniem, gdzie by nie były - w Azji, Afryce czy Europie - najlepiej pachną rankiem. Nocą właściwie. Na Tsukiji warto dotrzeć przed świtem, daleko przed świtem, bo około 4tej. Żeby zobaczyć wielkie ryby. Ogromne stworzenia, które z godziny na godzinę - albo szybciej - stają się coraz mniejsze. Dzieje się tak najpierw za pomocą ogromcyh tasaków, potem krajalnic, potem wielkich noży, potem mniejszych, i najmniejszych. Ostatecznie z tuńczyka długości mojego samochodu ... ;] ... najoishiejszą (oishi to po japońsku smaczny) częścią jest malutki kawałek, dopieszczony przez wyćwiczone w tym do perfekcji ręce kucharza, rozpływający się w ustach (i to z większą szybkością niż czynią to ci dwaj czekoladowi goście nazywani m&m, wierzcie!) i podany na cieplutkiej jeszcze, uformowanej z wielką wprawą, kosteczce ryżu. Polany sosem sojowym... Podniebienie się śmieje, a ja rzopływam razem z tuńczykiem.
Droga tuńczyka po śmierci jest długa. Zaczyna się ma Oceanie Indyjskim, stąd jest transportowany na wody Japonii. Trafia na rzekę Sumidę wraz ze swoim przewoźniekiem oczywiście. Wielki jeszcze, zostaje wyrzucony przed świtem na obrzeża targu Tsukiji. A potem to już jak pisałam.

w drodze na tsukiji


słodki, że aż się chce przywłaszczyć

najświeższe sushi, oczywiście na tsukiji

Onigiri jakie chcesz. chciałyśmy z węgorzem, dostalysmy. cieplutkie :)mmmm,oishi











tamago - do wyboru do smaku. nasz wybór padł na tamago ze słodkim ziemniakiem i czarnym sezamem. krótko pisząc, niebo w gębie. a tamago to omlet japoński, robiony na sake, na patelni też - bardzo specjalnej ;)


Spośród tysiąca rodzajów stworzeń morskich wybrałyśmy rzeczone tamago, łososia, węgorza, orzechy włoskie z suszonymi rybami i sezamem (tak, i naprawdę oishi;)), aby następnego dnia (a właściwie tego samego!! - wróciłyśmy do domu około 7 rano) zrobić japońską ucztę...

japońskie pierożki z mąki ryżowej



sushi maki oczywiście :)








itadakimas to onegaishimas (smacznego i dziękuję)

Sunday, September 6, 2009

po japońsku

Chętnie w przypływie czasu idę pływać. Działam jak czas. Chodzę na basen olimpijski. Olympic Gymnasium się nazywa. W 1964 odbyły się tu letnie igrzyska. Rekordowe, może warto napomnieć. Jak Wikipedia głosi, pobito 37 rekordów świata i 77 olimpijskich. O Polakach na tymże obiekcie wtedy dających z siebie wszystko nie będę pisać, bo Otylii jeszcze nie było. Był już za to ten basen. 50 metrów, trybuny z jednej strony. Czytałam gdzieś w internecie (ale to obszerne źródło i już nie pamiętam, na której jego stronie), że dyscypliny pływackie podczas igrzysk w 2016 będą miały miejsce na tym samym basenie co 52 lata wcześniej, ale nie chce mi się wierzyć. Na pewno coś (wbrew własnej naturze w gruncie rzeczy) zmienią, bycie organizatorem IO zobowiązuje.
Wracając do mojego pływania. Jak byłam w Japonii poprzednim razem to dostałam (pierwsze) upomnienie. Za nawroty. Cóż, fikołki uwielbiam. Tym razem fikołki pod wodą uszły mi na sucho, gorzej z wyprzedzaniem. jedyny sposób możliwy, dopuszczony przez japońskie prawo poruszania się po torze na basenie, aby ominąć wolniejszą osobę to zawrócenie. Choćby w środku długości toru. Ot, tak po japońsku. W ogóle w Japonii zasada rzecz święta, wszystko ma swoje zasady. Weszłam dzisiaj do pobliskiego salonu kosmetycznego. Od razu zobaczyłam strach w oczach Japonki, która jednak z uśmiechem powitała mnie. "Do you speek English?" Strach dopiero przybrał rozmiarów.. bynajmniej nie japońskich. W odpowiedzi dostałam do przeczytania informację. Aby korzystać z tutejszych usług należy znać język japoński. Jasna zasada, przynajmniej. Nie to co w Azji tej bardziej na zachód od Japonii i mniej na wschód niż Japonia patrząc z Europy. Jakikolwiek zabieg (of course, for you my friend, I have something special) by zaoferowali, w jakimkolwiek języku, byle zarobić. W Japonii w ogóle nie jest tak, że klient nasz pan. Nie zawsze.
Czas wolny to strefa nieznana. Japończycy w tygodniu pracują kosmicznie długo. W piątek, nie pierwszy raz, doświadczyłam. Ostatni casting kończyliśmy okolo 22.30. Potem huczne zabawy, karaoke, kluby, kolacje. Wracają do domu nad ranem. Nie raz w tygodniu nawet słyszę jak moi weseli wtedy bardzo sąsiedzi tanecznym krokiem, głośnym krokiem, powracają z hulanek nocnych. By przespać się te 4-5 h, już raniutko bowiem trzeba wstać i mknąć do pracy.
Weekend. Festiwale, festyny, parady, deptaki i wszędzie tam nie da się szpilki wbić. Japończycy się bawią. Znów. Z przyjaciółmi, znajomymi. RZadziej z dziećmi, tych, niestety dla Japonii, mało. Ale jak przy takim rybie życia znaleźć czas na wychowywanie dzieci? Nie da rady. Jak się wpadnie w wir życia jednak bardzo skupionego na sobie, to zwłaszcza w przypadku Japończyków, nie lubiących zmian, trudno zrezygnować z wiru. Choć wir to dla mnie niezrozumiały.
Godzina 12.00. Czas na obiad. Wcześnie, ale tak tu jest. Jak śniadanie o 8.00, to po czterech godzinach lunch, jakaś 5 o'clock, po angielsku, herbata (zielona może, więc angielska pozostaje tylko pora) i po pracy kolacje. No więc mamy południe. Na ulicach tłumy pracowników biur, firm, redakcji. Ale nie poznasz, kto gdzie pracuje. Wszyscy ubrani tak samo. On ma na sobie ciemne spodnie i białą koszulę, na szyi (na tzw smyczy) zawieszony identyfikator, dzięki któremu dostanie się przez skomplikowane bramki do biurowca. Ona odpowiednio czarne spódnice i białe koszule też. Odstępstwa od reguły nieliczne. Mi trudne, ale mimo wszytsko oni na pewno się od siebie potrafią odróżnić. Cha cha.
Płacenie to bardzo zabawna sprawa. Mam zapłacić 1035 jenów. Przy kasie usłyszę, w języku japońskim najczęściej, taki oto monolog. "Dostaję 5035. Mam 5035. Płacisz 1035. Wydaję ci 4000. Dostajesz 4000. ARIGATO." Nie znam japońskiego, dotychczas tylko "słyszałam", że coś takiego słyszę za każdym razem płacąc. Rzeczywiście coś dużo mówili, kiedy podawałam pieniądze w kasie, ale nie chciało mi się wierzyć. Przekonałam się, że tak jednak jest naprawdę parę dni temu. Kiedy pani kasjerka chciała być miła i mówiła do mnie po angielsku. Do obockrajowca dostosowała jednak jedynie język (i tak wdzięczni bądźmy, my gajdziny*), nie treść. To co wyżej zacytowałam powiedziała po angielsku. Byłam pod wrażeniem. No nie pomylisz się.

*jap. - obcokrajowiec


lunchtime

festiwal

2016

Wednesday, September 2, 2009

ichigauka!










halloween już jest


w kolejce dowsząd, tu do autobusu


słodkości niesłodkie!!!!