Saturday, October 2, 2010

Greek Story

Zakinthos to mała malownicza wyspa, leżąca na Morzu Jońskim. Historia jej jako części archipelagu the Ionian Islands jest długa, sięga roku 1500 p.n.e., w ciągu wieków zataczała potężne meandry i związana jest z postacią syna greckiego władcy Dardenusa. Nazwa wyspy wzięła się właśnie od imienia mitologicznego Zakinthosa albo Zakynthosa, wersji pisania nazwy jest wiele, a i tak najbardziej prawidłowo by było napisać w grece, czyli tak: Ζάκυνθος.

Powierzchnia Zakinthos wynosi zaledwie 400 kilometrów kwadratowych. Stolica ma taką samą nazwę jak wyspa, a z architektury przypomina trochę miasta włoskie - co zresztą jest także uwarunkowane historią.

MIASTO ZAKINTHOS


JEST TU (w mieście i na całej wyspie) WIELE POJAZDÓW... ZABYTKOWYCH ;)
FIAT Z POLSKI


Najsłyniejsza budowla w mieście to świątynia świętego Dionizosa, który wpisał się do historii wyspy na tyle wyraźnie, że powstało tu wiele miejsc jego kultu.


Co jeszcze warte podkreślenia to fakt, że kryzys grecki, a właściwie jego przyczyny, są widoczne w mieście wyraźnie. Poniedziałek, południe, gdy cała Europa pracuje, w Zakinthos ludzie gromadnie zbierają się w kawiarniach, barach, miejscowych knajpach, by miło gawędzić przy małej czarnej i słodkich ciastkach. I nie są to turyści, lecz miejscowi. Cóż, pięknie jest leniuchować na Zakinthos, i ja to wiem!

PORT



bottom up, czyli łódka robi psikusa ;)


Dobry marketing wyspy to jej promocja. A wszystko i tak "rozbija" się o pieniądze, jak fale podczas wietrznych dni o skały. Tak na przykład...
Trochę bajek kolorowych trzeba opowiedzieć, żeby produkt sprzedać. Tak więc trudzono się, co by tu zrobić, żeby ta malowniczość wysepki przyciągała turystów z całęj Europy (warto tu wspomnieć, że Czesi to chyba najliczniejsza "kolonia" odwiedzająca Zakinthos!). Wymyślono... Na przykład wrak jakiegoś statku nazwiemy wrakiem szmuglerów, bo to takie ciekawe słówko, którego znaczenie zna niewiele osób, ale brzmi fajnie, kojarzy się z morzem, i jakimiś zawiłymi historiami. Nazwiemy go shipwreck, a potem lawina marketingowa ruszy.
W barach będą serwować drinki błękitne jak laguna, nieopodal której rozbił się kiedyś sławetny dziś statek, przyrządzane na bazie blue curacao, pyszne zresztą :)) Będą koszulki z obrazkiem statku, i kubki, i pocztówki, i wycieczki do niego. Zarówno statkiem, aby popodziwiać go z plaży, jak i autobusowe - dzięki którym uchwycimy widok z klifu, poczujemy na dodatek silny wiatr wiejący w tamtych stronach, podziwiać będziemy ogrom morza otaczającego przylądek, i tak dalej! Tacy to dzielni byli kapitani owego shipwreck...
mama pije shipwrecka :)



wiało bardzo mocno!!





Ale najważniejsze, dla marketingowców oczywiście - Zakintos to będzie (jest) wyspa żółwi. Nieważne, że w miejscu, gdzie rzekomo ma być ich wylęgarnia i najliczniejsze skupisko, jest ich 5, ale tak naprawdę nikt żadnego dawno już nie widział (nie napiszą w przewodniku, że liczba żółwi wynosi 10, bo to zbyt spore minięcie się z prawdą, przecież nikt ich nie spotyka!, nie napiszą 1 - bo to wyspa żółwi, a nie żółwia). Liczy się pomysł. Żółwie w Europie? W Ekwadorze, owszem. Na Gwadelupie oczywiście też, na Malediwach, to potwierdzę!, ale w Morzu Śródziemnym? Tak oto organizowane są wycieczki statkiem ze szklanym dnem, które ma umożliwić oglądanie zwierząt (dziś akurat ich nie ma, o jaka szkoda - i tak codziennie!), na plażę, gdzie rzekomo o świcie się pojawiają wstęp kosztuje 6 Euro od osoby, oczywiście są także w sklepach z pamiątkami liczne gadżety z wizerunkiem zielonych "słodziaków" - a więc tak, jak w przypadku shipwreck: kubki, solniczki i pieprzniczki, obrusy, chustki, czapki bejsbolówki.
GARACAS, plaża żółwi, choć ich brak. Widok za to piękny, morze zachęca do dalekich wycieczek wpław :)




Pomyśli zirytowany turysta, że robią z niego palanta, a tu proszę, nagle, w tymże Garakas, spotykamy pewną wolontariuszkę z Niemiec, która zajmuje się składanymi przez żółwie jajami. Koszyki, w których znajduje jaja, umiejscowione są co prawda 2 metry od leżaków i parasoli, przeznaczonych dla licznie przybywających tu turystów, ale takie życie - business is business. Co prawda, jak mówi wolontariuszka, żadne z jaj się nie uratowało, ale ktoś, a raczej na pewno coś, je do tej dziury kiedyś włożyło... Zabawna historia, z jajami chciałoby się rzec.


Tak więc żółwia widziałam najprędzej w takiej postaci:



Ale za to kóz, świń i kur mnóstwo. Śmiesznie, jak taka farma mieści się zaraz obok tawerny. Wiesz co jesz. Też fajnie.









Jednak zdecydowanie moim faworytem wśród spotkanych zwierząt był kot.

Kot hotelowy. Nawzałam go Fred i bardzo się z nim zaprzyjaźniłam. Zwątpiłam jedynie, kiedy na kolacji (nieraz nam towarzyszył) przyniosłam mu rybę w cieście ze szwedzkiego stołu (wyobrażacie sobie większy rarytas dla kota??), a on jej nie zjadł. Dba o linię. Moris, bierz przykład!!

Z FREDEM

FRED PIJE WODĘ Z POPIELNICZKI, W NASZYM POKOJU, 807, HOTEL THE BAY, KTÓRY BĘDĘ BARDZO MIŁO WSPOMINAĆ <3




Miejscowość, w której my spędziłyśmy dwa piękne tygodnie to Vasilikos. Z dala od Laganas. Laganas to najsłynniejszy kurort wyspy. Atmosfera jak w Rimini (chyba, bo nie byłam, ale wiele złego słyszałam). Wąska plaża, niezbyt czysta, zaraz przy promenadzie i wielkim parkingu, miejscowość to głośna, jest w niej oczywiście McDonald's, Subway, knajpa chińska, indyjska, stołówka z hamburgerami i trochę Hawajów. Czyli Waikiki Club :) Mydło i powidło, głośno i mało wypoczynkowo. Jak dla mnie.
Przed sklepem z pamiątkami. Gołą pupę zawsze sprzedasz.




Skład quadów, czyli bardzo popularnych na wyspie pojazdów, choć pustyni tam brak...

A propos wypożyczalni, to z usług jednej, ale samochodowej, skorzystałyśmy. Błękitny Fiat Grande Punto dzielnie spisywał się na górzystych, stromych i wąskich drogach wyspy, czym zasłużył sobie na taki widok;) Keri Beach.




A wracając do pokoju 807, widoki z łóżka będę wspominać!




W Vasilikos, wiosce, gdzie mieści się "nasz" hotel, odwrotnie niż to ma miejsce w Laganas, plaża jest piękna, szeroka, piaszczysta, o poranku aż się świeci. To na niej spędzałyśmy po 9 godzin dziennie. Z przerwami na pływanie w świetnym morzu, oczywiście.



To były piękne dwa tygodnie, spędzone ze świetnym kompanem czyli moją mamą, podczas których przede wszystkim bardzo wypoczęłam, wypływałam się, wygrzałam (trudno było wczoraj wracać do Polski, gdzie chłód sięgał 6*C, jeśli jeszcze pół tego dnia spędziłam na gorącym piasku w Grecji) oraz skosztowałam delicji lokalnej kuchni (i moim faworytem pozostaje, w Grecji byłam już szósty raz, sos tzatziki, choć oryginalne przepisy na ten przysmak mówią o sześciu ząbkach czosnku na półtorej szklanki jogurtu, i to mnie przeraża!). Krótko mówiąc - cieszyłam się życiem :)
Takie są kolory Zakintos:







Monday, September 6, 2010

Hong Kong, Makao.

Dzisiaj jest 6. września. A miesiąc temu był 6. sierpnia. Czyli koniec chińskiego koszmaru. I początek wakacji w Hong Kongu (HK). Samo życie - coś się kończy, coś się zaczyna. Dodam tylko, że koszmar trwał do końca. I wątek rozwinę. Nie wystarczyło opuścić dom w Chinach - nie tylko mój, wielu karaluchów, na przykład, także... Musiałam dojechać na samo lotnisko w HK, żeby być pewną, że więcej chińskich przygód nie będzie (chiński to w moim własnym słowniku określenie uniwersalne na rzeczy straszne, dziwne, niefajne - ogólnie rzecz ujmując). Droga z Shenzhen do HK trwać mogłaby 45 minut, ale trwała dwie i pół godziny. Pokonałam ją w małym vanie, którego kierowca chyba naprawdę nie zdawał sobie sprawy, że nie jedziemy na biwak, ale na lotnisko, a tam warto być punktualnie, bo samolot na niego, a raczej na osoby, które wiezie, czekać nie będzie. Całe szczęście, że wyjechałam sporo wcześniej. Przecież to nie Japonia i jeśli coś może się nie udać, to się nie uda. Sama nigdzie nie leciałam, ale chciałam, żeby to wyczekane spotkanie odbyło się w normalnej konwencji, czyli ja na lotnisku w HK czekam na mojego chłopaka przylatującego z Polski. Kierowca mianowicie: a. zatrzymał się na 20 minut w jakimś barze przydrożnym, żeby kupić sobie lunch, śmierdzący jak nie wiem co zresztą (a potem go zjadł w tym małym samochodzie!); b. na "granicy" (między Shenzhen a HK przebiega granica Chin, choć HK już należy do Chin od 1997, ale nie będę zgłębiać tego naprawdę skomplikowanego tematu) ustawił się w najdłuższej kolejce, c. nie rozumiał, gdy w języku angielskim tłumaczyliśmy mu, że każdy po coś pilnie i bezwarunkowo musi na lotnisku być o określonej porze (zresztą migowy też był grany, i chiński - "dla początkujących", co prawda..., TEŻ), d. NIC SOBIE Z TEGO WSZYSTKIEGO NIE ROBIŁ. Cóż. Facebook Ci to powie, że never argue with an idiot, cause he'll bring you down to his level and beat you with experience. Mam nadzieję, że jednak nikt się nie spóźnił.

Powitanie wyczekane, możecie sobie wyobrazić, co się działo :) Do hotelu dotarliśmy środkami komunikacji miejskiej, bo tam nie to co w Polsce i metrem dojedziesz wszędzie. Mimo że HK jest malutki to i tak lotnisko mieści się bardzo daleko od centrum. Potem było pyszne sushi. Tak się nam to miejsce podobało, że codziennie rano mówiliśmy sobie, że dziś to na pewno tam znów pójdziemy na obiad - i zgadnijcie co... nigdy już tam się nie pojawiliśmy. Ale wspomnienie pozostało bardzo miłe. W Azji (nie tylko w Japonii samej, choć to przysmak oczywiście pochodzący z Kraju Kwitnącej Wiśni) rodzajów sushi jest całe mnóstwo, zresztą w jednej z następnych notatek coś na ten temat napiszę. Wracając do naszego popołudnia to... już się zrobił wieczór. Marcin ma świetną orientację w terenie, muszę przyznać. Nie znał miasta (to ja tu już kiedyś byłam!!), a potrafił doprowadzić nas do celu. I to bardzo przyjemną drogą, nad zatoką, zaliczyliśmy nawet pokaz laserów, dzięki któremu olbrzymie drapacze chmur, znane na całym świecie, wyglądały jeszcze bardziej niesamowicie niż za dnia. A celem był The Peak. Czyli wzgórze, z którego widać panoramę całego miasta. Na szczyt dotarliśmy kolejką około 22.00. Widok... zresztą sami oceńcie (tu nieco rozmazany, zatem wyobraźcie sobie raczej sami).


NA THE PEAK W OGÓLE ZDJĘCIA BYŁY BARDZO... ARTYSTYCZNE

Na szczycie chcieliśmy coś zjeść. Reklamy tamtejszych restauracji nie pozostawiały wątpliwości - niebo w gębie bliżej nieba. Ale niestety wszystkie knajpki zamykały się o 23.00, tak więc z nieba w gębie nic nie wyszło. A i zjechać kolejką się nie udało. Ale za to zaczęło lać, było 10 minut po jedenastej w nocy, a my byliśmy na szczycie, bardzo, bardzo daleko od hotelu. Nic to. Zaczęliśmy schodzić drogą przeznaczoną dla samochodów. Schodzimy, schodzimy, schodzimy i zeszliśmy może 20 metrów w dół, taka okrężna była ta droga, i gdybyśmy kontynuowali wędrowanie nią to połowę pobytu w HK zajęłoby dotarcie do celu, jakim tym razem był nasz pokój.

Marcin wymyślił zatem, że odbijemy w lewo i zejdziemy bardzo dziką dróżka, stromą i ciemną. Nie było ruchu. Ryzykujemy. Dżungla przerażała (najwyższe partie The Peak porośnięte są niesamowitym tropikalnym lasem), ale my się nie poddawaliśmy. Deszcz też przerażał, ale my i z tego powodu się nie poddawaliśmy. Marcin z koszuli zrobił parasol, ja zdjęłam buty, w których ślizgałam się teraz jak na lodowisku. Warunki dzielne, jak my. W którymś momencie zauważyliśmy na tej wąskiej dróżce szerszy od niej samej (nie wiem do dziś jak to możliwe) meleks. Nasze schronienie na następne 10 minut, podczas których zebraliśmy siły, zrobiliśmy film i obmyśliliśmy plan. Chcieliśmy, to jasne, zejść do miejsca, gdzie będzie się dało złapać taksówkę, pojechać nią do Seven Eleven (to sieć 24-godzinnych sklepów), kupić tam COKOLWIEK, zjeść to cokolwiek w pokoju i pójść spać.

Podsumowując już tylko powiem, że skończyo się na orzeszkach z mini baru. Ale naprawdę było fajnie.

W sobotę, drugiego dnia naszych szalonych wakacji, zdecydowanie późno opuściliśmy pokój. Chcieliśmy odwiedzić wyspę Lantau, słynącą z mieszkających tam mnichów, wielkiego Buddy, barów z regionalną kuchnią, Wisdom Path (po odwiedzeniu której jest się bardzo mądrym oczywiście), świątyni i sklepu z suwenirami. Ostatecznie byliśmy tylko w sklepie (HK jest upalny latem, powietrze stoi jakby w miejscu, zatem zakup wachlarza i wody był konieczny) i zobaczyliśmy Buddę. Wyspa zamykana jest o 18.00. To znaczy nie tyle wyspa, co kolejka linowa, która łączy Lantau z wyspą HK. Ale Buddę odwiedziliśmy i Marcin stwierdził, że on mówi Wielkie Joł, żeby pozdrowić turystów.

LANTAU ISLAND

NA WYSPIE SPOTKALIŚMY STADO KRÓW




W niedzielę była plaża, naprawdę jak na miejską plażę tak wielkiego miasta, to trzeba przyznać, że spisała się świetnie, i w Morzu Południowochińskim pływaliśmy, słońce świeciło na nas dosłownie pionowo (niedaleko już stamtąd do równika), a w lokalnej Pizzy Hut można było zjeść pizzę z sosem curry i kurczaka po portugalsku. No czego więcej w życiu trzeba... Chyba tylko dobrego drinka. Pyszne mojito wypiliśmy wieczorem. A było to na The Avenue of Stars (znam może dwie z 30 gwiazd, które odbiły tam swoje dłonie, ale przecież to nic, świat, którego się nie zna to jest dopiero przyciągający świat).

WIDOK Z BARU :)


Makao to była portugalska kolonia. Dotrzeć tam można w godzinę, wodolotem z HK. I Makao jest zupełnie inne niż HK. Trochę brudniejsze (cóż, portugalskie miasta są w ogóle brudniejsze niż angielskie), szalone (tyle kasyn to chyba nawet w Las Vegas nie ma, z nich zresztą słynie Makao) i multikulturowe jak USA (trochę Portugalii się wyczuwa, trochę Wielkiej Brytanii, trochę Chin, a wszystko tworzy niezbyt ciekawy obraz tego miasta). Ludzie wydają się mili, w Starbucksie też (jak w HK) mają wyciskane soczki (te z marakui najbardziej przypadły nam do gustu i pliśmy je codziennie) i panuje tam bardzo egzotyczna atmosfera. Ale wbrew pozorom i tego, co widzicie na poniższych zdjęciach, brakuje temu miejscu zdecydowanych kolorów. I wyrazistego charakteru.
Z KATEDRY ŚWIĘTEGO PAWŁA, WYBUDOWANEJ PRZEZ PORTUGALCZYKÓW, ZOSTAŁA JUŻ TYLKO FASADA



KASYNO

MY I KOLONIALNE BUDYNKI



Ostatni dzień spędziliśmy na zwiedzaniu HK. Dziwnie byłoby pojechać do HK i nie zobaczyć prawdziwego HK. Czyli HK jako centrum biznesowego, zakupowego i bardzo zatłoczonego. Żartuję trochę, bo już nieraz wcześniej zagłębialiśmy się w typowe dla tego miasta ulice, przebiegające między wieloma wieżowcami, wąskie, otoczone chodnikami pełnymi ludzi. Nie chcąc korzystać z metra, aby dojść do centralnej stacji trzeba było takich ulic parę przejść. Tym razem jednak, obejrzenie tych wszystkich, a w każdym razie najsłynniejszych, ulic było naszym celem. Najwyższy budynek w HK to Intl Commerce Center, ten tylko z pewnej odległości podziwialiśmy. Taki natomiast widok mieliśmy z 42. piętra budynku China Bank, też jednego z rekordzistów.

TAKI JEST HK

STATEK-MARZENIE KAŻDEJ DZIEWCZYNKI

THE AVENUE OF STARS

MARCIN ZWIEDZA OCZAMI

HK POD SŁOŃCE

HK W PRZEBUDOWIE


MARCINA FASCYNACJA EGZOTYCZNYMI OWOCAMI

NOCĄ

THE PEAK, PRZED BURZĄ, CHOĆ JUŻ WIEJE!!

ADOPCJA:)


I na dodatek w HK zostaliśmy rodzicami cudownych chińskich dziewczynek... Przynajmniej na te parę chwil, kiedy aparat pstrykał.

Tuesday, August 17, 2010

La-to, la-a-a-to, lato ...w mieście!

Lato w mieście ma bardzo wiele zalet.

Chociażby odkrywamy to m i a s t o na nowo. To znaczy w ciągu roku znamy je, bardzo dobrze, ale przemieszczamy się po nim samochodem, metrem, autobusem. Spacer robimy wokół domu, po Nowym Świecie albo Łazienkach Królewskich. No i ze stacji metra do szkoły, do pracy albo fryzjerki. A kiedy są wakacje i mamy więcej czasu, bierzemy rower. Nogi dalej dojdą także. I zwiedzamy. Odkrywamy nowy sklep z żywnością BIO, na która jest szał, albo z ciuchami vintage, na które też jest szał, albo nowy kawałek ścieżki rowerowej - podobnie. Nie ma jednak szału, kiedy my jesteśmy bardzo pozytywnie nastawieni do świata, a świat krzywi się i gorzknieje. Pluje na nas. Taka sytuacja... Jadę na Mokotów rowerem. Zaczynam podróż od alei K.E.N. (w Hong Kongu - to będzie a propos K.E.N. - bardzo często musieliśmy wypełniać różne ważne papiery i podawać adres zamieszkania; czy aleja K.E.N. to KEN AVENUE??, bo jeśli tak to brzmi bardzo bajkowo i brak tylko Barbie Ave. gdzieś u boku... kena). Mijam wiele poprzecznych ulic od Przy Bażantarnii począwszy. Czasem zdarza mi się przejechać na czerwonym, ale tylko wtedy, kiedy widzę, że nic na mnie nie wjeżdża, a na pewno nie patrol policji. Rozpędzam się przed Ciszewskiego, myśląc, że i tu zdążę. Myśl spontaniczna, choć kontrolowana. Kiedy widzę, że nic z tego, szybko hamuję. Na pasy wjeżdża pewien samochód. Zatrzymuje się. Wysiada jego kierowca i wykrzykuje do mnie: "Masz czerwone idiotko!". Te słowa odbiły się ode mnie szybciej niż do mnie tak naprawdę dotarły, więc ja tylko odpowiedziałam: "Pan też, auto, bardzo fajne". Cisza. W tym czasie z K.E.N. Avenue w lewo, w Ciszewskiego, ku nam, skręca jakiś samochód, którego kierowca z kolei nie ma prawa dostrzec stojącego na środku, czerwonego, samochodu (idiotyczny, to może był pomysł zatrzymania się na środku całkiem ruchliwej ulicy, jeśli już mamy używać takich zwrotów). I prawie wjeżdża w samochód rozzłoszczonego moją postawą kierowcy (tylko dlaczego????, może śledził całą moją drogę "kenem"??). SZAŁ...


Lato w mieście sprzyja pielęgnowaniu życia towarzyskiego. Na to w ciągu roku także często brakuje czasu. Ale w wakacje można się spotkać bez wyrzutów sumienia (że nauka, praca, wyspać się trzeba, bla bla bla) i na przykład pójść na długi, miły lunch z przyjaciółką. Do nowej restauracji. Owszem, ta o której napiszę należy do Znajomego, ale nie pisałabym o niej, gdyby nie była wyśmienita. MERLINIEGO 5 ma piękne wnętrze w stylu Almi Decor (uwiodło mnie połączenie cegły ze starymi, złotymi zdobnymi lustrami), znakomitego Właściciela (znam Pana Andrzeja i wiem, co mówię - ah, gdyby każdy "lokal" miał takiego menadżera, właściciela, pana...!), ale przede wszystkim pyszne jedzenie. Wypróbowałam domową lemoniadę (i dostaje ona ode mnie 5 z plusem), sałatkę Cezar według oryginalnego przepisu, czyli podawaną z jajkiem w koszulce, a nie żadnym kurczakiem! (i dostaje ona ode mnie 5 z plusem) oraz (grzech, wiem, ale to było WARTE grzechu) makaron z borowikami. Znów 5 z plusem. A ja jestem w niebie. I moje podniebienie też, w siódmym.

Będę częściej odwiedzać MERLINIEGO 5 i pisać tu o kolejnych przyczynach mojego w niebie bycia. Ale Wam też polecam odwiedzić to miejsce. Wejście na przeciwko Warszawianki. Pozdrawiam wakacyjnie <3

Tuesday, August 10, 2010

BUZIAKI Z HK!!




Na razie tyle... Po powrocie, czyli już w czwartek zdam relację z tej pięknej wycieczki do HK i Makao!

Thursday, August 5, 2010

papa!

Tak dobrze mi w Chinach, że ostatni wieczór w tej republice ludowej spędzam... na łóżku w swoim mieszkaniu, jedząc sushi, pijąc miso, i colę zero też. Aby jakoś przetrwać ostatnie godziny, a trochę ich jest - 12 do pożegnania się z tym mieszkaniem - potrzebuję trochę Japonii, trochę Ameryki i Internetu :)) Także pozdrawiam serdecznie z ChRL, jutro dodam ostatnie zdjęcia stąd (jutro, bo jedynie w szczególnych miejscach działają pewne strony - jak blogger.com - w pełni, a jutro będę w takim szczególnym miejscu; jest nim hotel ShangriLa, z którego około 10 rano wyruszę na lotnisko w Hong Kongu). A potem będzie już tylko bajka.

Sto dwudziesty post na joasiafromasia dodaję właśnie :)

Monday, August 2, 2010

Wstrząsające obrazki z Chin ;)

...

Klną... I to z błędem klną...

Życie jej dziecka jej niemiłe... A niby może mieć tylko jedno. BTW - rozmawiałam z Chinką i mówi, że (choć prawo pozwala mieć jedno dziecko w Chinach) aby mieć więcej dzieci Chińczycy jadą do Hong Kongu lub na wieś... Się nie doliczysz!!!

Sunday, August 1, 2010

Jedz módl się i kochaj. Nie śpij zwiedzaj. Znaj jednak granice.

Chciałam tu coś napisać. I nawet wiedziałam o czym chcę napisać, ale nie wiedziałam, jak najlepiej ubrać to w słowa. I czytałam książkę. Zresztą głośna to pozycja ostatnio, bo jak się pojawia sława z Hollywood to jest głośno. A pojawia się sama Julia Roberts, zagra główną rolę w filmie, którego scenariusz jest oparty na tej książce. O tytule "Jedz, módl się i kochaj". No to cytuję: "Pomimo wszystkich tych niemiłych przygód podróżowanie jest jednak prawdziwą wielką miłością mojego życia. Od czasu kiedy w wieku szesnastu lat pojechałam w swoją pierwszą podróż do Rosji za pieniądze zarobione na pilnowaniu dzieci czułam niezmiennie, że jeżdżenie po świecie warte jest wszelkich kosztów i poświęceń. jestem lojalna i stała w miłości do podróży tak, jak nie zawsze byłam stała w innych miłościach. Do podróżowania mam taki stosunek jak szczęśliwa młoda matka do swojego nieznośnego, cierpiącego na kolki, niespokojnego nowo narodzonego malucha - niezależnie od tego, na co mnie naraża. Ponieważ je uwielbiam. Bo jest moje. Bo wygląda dokładnie tak jak ja. Może mnie całą obrzygać, jeśli przyjdzie mu ochota... i niczego to zmieni w moich uczuciach."
No i kilka uwag. Ze mną nie jest aż tak dobrze. Z bezwarunkową miłością do podróży. Uważam, że coś na siłę tylko, gdy ma sens... Wyprawa w dalekie strony może być sensem samym w sobie, ale lepiej znać słowo granica. No i to porównanie. Dosyć drastyczne. Jakby mnie własne dziecko (niemowlak) obrzygało to bym się umyła, a jemu zęby. Do miejsca chyba łatwiej jest się, skutecznie!, zniechęcić. Mimo wszystko jednak coś w tym cytacie z prawdy jest...
Wczoraj na przykład jakiś pan naiwnie myślał, że sobie z nim nie poradzę i chciał mnie wywieźć, zapewne gdzieś hen hen daleko (ale w końcu się godaliśmy - to znaczy ja z nim na pewno, w drugą stronę chyba gorzej, on po chińsku, a ja po polsku i jego zapewne pierwsze spotkanie z moim ojczystym językiem było brutalne, poznał tylko przekleństwa), a potem pewien mokry szczur obrał drogę przejścia z jednego końca stacji autobusowej na drugi przez moją nogę...
Po powrocie z podróży o takim klimacie powinnam przez najbliższy rok albo dłużej nie opuszczać Polski w ogóle, ba! - Warszawy. Cieszyć się, że jedyne zwierzę, które może mnie podeptać to Moris. Mimo to - ja swoje. Myślę, że jeszcze w sierpniu, po pełnej mniej lub bardziej pikantnych przygód podróży do Chin, polecę... gdzieś:D Ale szczurów już nie chcę.

A poza tym... Nie dość, że Julia Roberts, to jeszcze podróżniczka. Nie mogę się doczekać ekranizacji "Jedz, módl się i kochaj".