Thursday, July 23, 2009

Bangkok i Phnom Penh

Po Angkor w planie była stolica Kambodży - Phon Penh. Kopia Ho Chi Minh (Sajgon, Wietnam), może niezamierzenie, ale w moim odczuciu. Z ta małą rożnicą, że Phnom Penh leży nad nad wielkim Mekongiem. Rzeka, a raczej jakieś rzeczysko!, zadziwia nie tylko wielkością, ale też swoimi mieszkańcami, kolorem, sławą :) Brudny, barwy wiadomojakiej Mekong pełni wiele funkcji. Miejscowe dzieciaki skaczą do niego z jakiegoś zardzewiałego rusztowania, chudzielec myje (?) tu włosy, . Brzegi zasiedlone są przez najbiedniejszych. Od rozpadającego się drewnianego kajaku do pływających baraków z blachy falistej. Lepiej nie ma.

W ogóle nie jest dobrze, ale bedzie. O ile Kambodżanie pozostaną sobą. Takimi, jacy są teraz. Szczerze przyjaźnie nastawieni (choć to rzadko idzie w parze z biedą, tam działa), pracowici, szanujący, doceniający to dobre, co się (jednak chyba tak...) dzieje. Nie jak Tajlandczycy. Żyjący z turystyki, turystę traktują jak jakąś krowę, z której najchętniej doiliby, bo biedna nie ma co gadać. Naprawdę dużą asertywnością musi się odwiedzający Bangkok wykazać, żeby postawić na swoim. Totalne zatracenie jakiejkolwiek pokory, krętactwo, nieuczciwość. A że miejsce tworzą ludzie, Bangkok to z kolei kopia Kuala Lumpur, które wspominam tak: dookoła enklawy jaką są imponujące Petronach Towers i otaczający je czyściutki park (choć tylko z tej enklawy właśnie słynie stolica Malezji), brud, na który nikt nie zwraca uwagi. Do tego jedzenie przyrządzane na ulicy, mnóstwo zaczepiających dżentelmenów, i zanieczyszczenie. Oj ciężko oddychać. I odetchnąć. Złą sławą zresztą właśnie, ogromnym zanieczyszczeniem powietrza, cieszy się Bangkok - zmotoryzowany jak Detroit, ze świetnymi obwodnicami jak niemieckie miasta.

Tak jak w przypadku KL, Bangkok nadrabia pocztówkowymi pozycjami. Świątynie zapierają dech w piersiach. Są zupełnie inne niż te z Siem Reap. Kilkaset lat młodsze. Powstały w XVIII wieku i prezentują się zupełnie egzotycznie. Biją rekordy (w Wat Pho leży budda długości basenu olimpijskiego), świecą się i błyszczą, widać je z samolotu.

Ale poza paroma wspaniałymi zabytkami, a może przede wszystkim, Bangkok i cała Tajlandia słynie z seksturystyki, wogóle prostytucji (sami Tajowie chętnie korzystają) i transwestytów. I to się widzi. Ladyboys welcome you, a dziwka na zakończenie koniecznie uwieczni swojego pana na zdjęciu. Żeby pan się już w ogóle dobrze czuł, podbudowany taki. Przytoczonej sytuacji byliśmy świadkami, kiedy siedzieliśmy w lobby hotelu w oczekiwaniu na taksówkę na lotnisko. Aha, pan był jeden (turysta ewidentnie), panie dwie (Tajki). Nikomu to nie przeszkadzało, a one jakie zadwolone. Pan może się speszył na widok naszych min. Ale przecież nigdy nas nie spotka już. Nie ma problemu. Smutne, ale - jak piszą przewodniki - te kobiety nie chcą zmieniać "zawodu", choć sprowadzone już do stolicy, młodziutkie i nierzadko po prostu ładne, miałyby zapewne spore szanse na lepszą przyszłość. Jednak wiadomo - co dobre to każdy wie najlepiej. A te tajskie dziwki dopingowane są wręcz przez rodziny. Łatwa, całkiem spora kasa - podobno.

Thursday, July 16, 2009

Widziałam więcej.

,,I have seen more than I remember, and remember more than I have seen.” powiedział kiedyś hrabia brytyjski, Benjamin Disraeli. A ja powiem tak: Nie wierzę w to, co widziałam. A szkoda, bo chyba było dobrze.

Dwa ostatnie dni były niesamowite. Dzisiejszego nie koniec. Czeka nas jeszcze pokaz tradycyjnego tańca Apsar, kambodżańskich bogiń, często uwiecznianych w formie płaskorzeźb w słynnych świątyniach Angkoru.
Wczoraj była słynna Angkor Wat. Jest najbardziej rozpoznawalną wśród tutejszych świątyń. Z pięcioma wierzami w kształcie pąków kwiatu lotosu, licznymi tajemniczymi korytarzami, jakby prowadzącymi donikąd, otoczona czyściutką wodą, tworzy kamienny labirynt, chlubę architektury khmerskiej. Nic więc dziwnego, że ten największy na świecie kompleks świątynny jest w Kambodży wszędzie - nie tylko tam, gdzie stoi - na czerwonym tle kambodżańskiej flagi, na krajowych banknotach, na puszce z piwem - piwem o nazwie "Angkor" oczywiście.

Ślad czasu widać. Angkor Wat był, jak piszą, niegdyś dużo bardziej okazałym i kolorowym tworem. Cóż, Angkor może pochwalić się ośmiuset letnią historią, a odkryty dopiero w XVIII wieku, w tutejszych wilgotnych warunkach nie miał szans na jakąkolwiek restauracje przez 7 wieków. Zaawansowana erozja zagraża z jednej strony, ale także nadaje niesamowity charakter wyniszczonego przez bezlitosną naturę gmaszyska.

Angkor Wat został wybudowany w 1150 roku przez ówczesnego króla na cześć bóstwa Wisznu. Kolejnym władcom zdecydowanie pomysł się spodobał, bo jak jeden mąż każdy wznosił własną świątynię. Monumentalna tradycja, przyznam. Po śmierci króla świątynia stawałą się mauzoleum. Tak powstał kompleks kilkunastu potężnych świątyń Angkoru.

Największe wrażenie jednak zrobiła na mnie świątynia Ta Prohm. Zostła wzniesiona w XII wieku na cześć matki ówczesnego króla (wszystkim mamom chyba bardzo spodoba się ta historia). Nie dziwie się Angelinie Jolie, że wybrała sobie właśnie to miejsce na kręcenia filmu. Ani reżyserowi, ani producentowi - kto tam wybierał lokalizację. Przerażające i zachwycające cudo w dżungli. Zdjęcia (niedługo się tu pojawią), nawet najlepsze - z Hollywood:), nie oddają wszystkiego. Trzeba tu być, wąchać, chodzić, gubić się, dziwić, przestraszyć.
Przestraszyć zaklętych przez agresywne i dzikie konary wąziutkich przejść między komnatami.
Zobaczyć nieziemsko wielkie drzewo z jego potężnymi mackami w postaci pni i gałęzi rosnące... na kamieniu.
Ujrzeć piękną postać o subtelnych rysach twarzy, misternie wykutą w niebieskim kamieniu, chowającą się za firaną pni.
Błądzić jak bohaterowie fantastycznych filmów po kamiennych galeriach przypruszonych mchem, jakby zapomnianych, a zarazem tak chętnie odwiedzanych.

To brzmi jak bajka. Wiem. Zupełnie niebajkowe są jednak obrazy biedy. Szkoda, że ta nędza - choć nieskrajna, jak ta na Saharze! - nie pokazuje się tylko do zdjęcia i nie znika po wyłączeniu aparatu. Niestety jest odwrotnie. W obiektywie widzę wielki uśmiech (nadziei?). Na żywo żywe pola biedy. To tubylcy mieszkający w słomianych chatach, na kupie, na dziurawym hamaku, z wychudzonymi krowami, psami. Próbują coś sprzedać. Cokolwiek, picie, bransoletki, chusty. Kupujemy. W tym momencie pojawia się kolejna grupa małych sprzedawców. I błagają, żeby coś od nich kupić. Szczerość w oczach. Buzie słodkie i o pięknych rysach. Uśmiech największy gwarantowany jeszcze przed podaniem pieniędzy. Szczęśliwiec swoim znakomicie wyuczonym angielskim zapewnia: "I will pray for you".

Tuesday, July 14, 2009

tuk tuk to kambodia

Skazana na Azję? Wakacje w Azji.

Słowo skazana ma negatywne konotacje... Może poprostu kolejna przygoda azjatycka rozpoczęta. Dwa nietknięte dotychczas przeze mnie kraje czyli Tajlandia i Kambodża. A na razie głównie Kambodża. Do której doszłam. Z moimi dzielnymi kompanami podróży, którzy wyczerpani już śpią zapewne i śnią o jutrze...

Kambodia Border (my globish is perfect, though!)

No więc do Kambodży doszliśmy. Dosłownie, na nóżkach, porzuceni przez tak zwanych tuk-tuków (tuk-tuk to bardzo popularny środek lokomocji w tej części Azji, a jest to nic innego niż nowoczesna ryksza). Porzuceni i oszukani. Do miejsca oddalonego dosłownie parę kilometrów od granicy Tajlandii i Kambodży poszło gładko. Cztery i pół godziny autobusem z Bangkoku. W rzeczonym jednak miejscu (które było w środku niczego) byliśmy skazani na łaski tuk-tuków. Bardzo nieładnie to wykorzystali ci właśnie tuk-tukowie, a właściwie kierowcy tuk-tuków. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w środku niczego. Ale gdzie początek? Gdzie koniec tego niczego? Powiedzmy, że nic to krańce Tajlandii, na których - w co bardzo silnie wierzyliśmy - się znaleźliśmy. Biznes łączony, wiadomo. Autobus dowozi nas do miejsca, z którego tuk-tuk zabier nas do innego miejsca. I potem do celu - granicy. No i właśnie tego innego miejsca nie chcieliśmy. I tu moja mama wykazała się wielkim sprytem, drukując wskazówki dla odwiedzjących te strony nieokiełznane przez cywilizację (polecamy stronę Tales of Asia). Tym innym miejscem okazała się chata zaaranżowana na biuro turystyczne, w którym wyrabia się (rzekomo, a że jedynie rzekomo to właśnie wiedziałyśmy z owych 'tips') wizę kambodżańską. Byliśmy twardzi. Skoro nie chata to zaprowadzono nas do Konsulatu Kambodży. Wyglądał ten pałacyk jak ambasada. Złote, wielkie, efektowne napisy przy wejściu, architekura może niewyszukana szczególnie, ale była w ogóle, bo poza tym jednym budynkiem, w promieniu ... długim nie było nic, co by miało szansę mieć architekturę. Do teraz mnie zastanawia, jak im się opłaca trzymać taką CHATĘ, no ale może są turyści, którzy dają się nabrać. A jak już dadzą to smutna sprawa, bo wiza wyrabiana poza jedynym miejscem odpowiednim do tego - czyli granicą państw - kosztuje (zamiast oficjalnych 20 USD) 50 USD. I taki niesmak pozostaje. Większy niż nasz, my postanowiliśmy byż niezależni. Uzależnić się do własnych nóg.

Ta nieprzyjemna historia zraziła nas do tuk-tuka na długo (może nie tak bardzo, Kambodża jest cool!:)), zatem podziękowaliśmy za wspólpracę i ruszyliśmy do granicy na nogach. Z plecakami, jak turyści. Prawdziwi. Jak być powinno!

Po parunastu zaledwie minutach byliśmy już na granicy. Nieufni. Szkoda, że ten uroczy pan w różowej koszulce ze strefy granicznej nie ma sznasy tego co piszę czytać. Heh, bo jescze raz bardzo go przepraszam za te wyrazy nieufności. To przez jego kolegów zza granicy. Pan w różowej koszulce zatem to był bardzo miły pan, z którym - choć wkurzał mnie setnie, bo bałam się znów zostać oszukana - przeprawiliśmy się do Kambodży.

Cywilizacja jednak.
I nie jestem na końcu świata, gdzie nie ma elektryczności : ( Choć nie tracę nadziei na przygody w Pnom Pehn. Droga do Siem Reap i Angkor Wat nieodbiegała standardem od naszej A7. Czyli pasmo w jedną, pasmo z drugą. I przyzwoite pobocza. I jabłek nikt na poboczach nie sprzedaje. Ani bananów, te - jak i papaje, mango, liczi itd. (ah, tu jest dla mojego podniebienia istny raj!) - sprzedaje się w dużych liczbach, owszem, ale poza szosą. No i tu wiadomo, do czego służy klakson w samochodzie. A nie tyle wiadomo, do czeho służy, co służy. Do trąbienia! Na 'haj', na 'baj', na 'wymijam', na ludzi w ogóle. Dobrze, że nie na każde stworzenie, bo całą drogę towarzyszyły nam liczne krowy i bawoły (wychuuudzone, że hej!), pasące się na polach wzdłuż drogi, więc klaksonowej orkiestry nie byłoby końca.

Angkor Wat by afternoon.

Przepięknie. Nie mogę się doczekać jutra. Dziś zaledwie liznęliśmy uroku słynnych świątyń, najbardziej rozległego kompleksu świątynnego na świecie. Wrażenie robi wszystko. Przemiły tuk-tuk :] (nie to co zachłanny, zakłamany, ahhhh, tuk-tuk z Tajlandii jeszcze) - sprawa numer 1. Także w tym gąszczu atrakcji, które czekają na przybyszów do Angkor, jest się skazanym na rykszarza. Ponadto, cudowne otoczenie - czyściutka fosa wokół głównego watu, czyli świątyni (nie przypuszczałam nawet, że w tej części Azji można się czegoś takiego spodziewać - po ty jak zobaczyłam wczoraj rzekę w Bangkoku [...] - a że coś takiego naprawdę jest!? n i e d o p o m y ś l e n i a!!). Oczywiście sama świątynia - jedna jedyna dziś - była oryginalna, tak bym ją określiła. Kamienno-ceglane bloki, bloczki, bloczyska poukłdana w charakterystyczne święte budowle, dotychczas znane mi tylko z filmu o "Tomb Rider". Dziś dotknięte, są, swoim urokiem kuszą, ogromem intrygują, niepowtarzalnością cieszą oko, wiekiem i historią zaskakują. Jutro ich przeszłość poznam dokładniej i opiszę tu. Na razie pięć z plusem.

Friday, July 10, 2009

R.I. ... Peace ?

Świętej pamięci Michaelowi Jacksonowi w ostatnich dniach - oczywiście! - towarzyszy ta piękna prośba wygłaszana przez miliony - Rest in Peace... Zresztą, czy pamięć taka święta to kwestia równie dyskusyjna jak - mniej chyba jednak dyskusyjna! - sprawa spokoju, w jakim ma pozostać król popu, dla niektórych jedyny król z prawdziwego zdarzenia (co tam Aleksander Macedoński, nasz Kazimierz Wielki, czy nawet Król Lew). Jednego dnia widzę na pierwszej stronie amerykańskiego tabloidu "Rest in Peace MJ", drugiego czytam sowicie okraszony odpowiednimi zdjęciami (ah, ten urok brukowców) artykuł o niechwalebnej przeszłości króla. Peace? R.I.P. to widocznie po prostu droga do uniknięcia pisania, wymawiania, dobierania tych trudnych słów; "zmarł", "zabił się", czy - bardzo odpowiednich w przypadku Jacksona - "Thriller is over"... Ale wiadomo, siła marketingu to sprawia, że słowa wypowiadane pod wpływem emocji, przeczą rzeczywistości, którą ich autor opisywał, niudolnie, ale trudno mieć żal do dziennikarza tabloidu za to, że pisze niewinne głupstewka. "Te słowa są pisane dla pieniędzy", parafrazując Ciechowskiego. No ale nie na tabloidach historia się kończy. Potęga i atrakcyjność tabloidu, tabloidyzacja mediów - prawie - wszytskich. Wywlekanie - zmarłemu, nie zmarłemu; ta drobna różnica nie robi znaczenia - jest jak ciepła bułeczka. Każdy się skusi. Zmarł król, dowiedzmy się o nim czegoś, przypomnijmy sobie, co zrobił dobrego, co złego, co spsocił - bo na pewno spsocił, bułeczka musi być CIEPŁA!! - aby ważyć 40 kilogramów (jakie te 40 kilogramów Jacksona jest pociągające, tajemnicze i w ogóle!) , aby spać z małymi chłopcami, aby tak drastycznie zmienić wygląd, aby wybudować słynny Neverland, aby poruszać się jak... Michael Jackson.

Napisać R.I.P. to nic, trzymać się tego... niewykonalne?

Friday, June 12, 2009

Punkt widzenia…

Zależy od punktu siedzenia. Albo od zajęcia, jakie się wykonuje, albo od nastawienia. Albo od tego, czy można być obiektywnym, czy nie. Wreszcie – czy chce się coś zachwalić, czy nie.
A do takiej refleksji skłonił mnie artykuł o Wietnamie, który ukazał się w ostatnim numerze „Twojego Stylu”. Autorki opisują to egzotyczne państwo jako oazę kulinarnych smakołyków, symbol mieszania się kultur, raj dla spragnionych ucieczki do NATURAlnego raju. Raju z kamiennymi wysepkami i bambusami, nam nieznanymi – bo kojarzonymi raczej ze "słoikowej" wersji lub z… wietnamskich – notabene - knajpek, podane z kleistym ryżem polane sosem słodko-kwaśnym. A bambusy to przecież bardzo wysokie drzewa powleczone korą wyjątkowej urody. W Azji są typowym elementem krajobrazu. Wreszcie – opisując Wietnam autorki odwołują się do romantycznej historii francuskiego oficera i miejscowej dziewczyny z filmu „Indochiny”.
A wchodząc w szczegóły – co będę musiała skonfrontować z własnymi doświadczeniami – opisy wyśmienitej zupy rybnej pachnącej trawą cytrynową i limonką czy specjału znad Czerwonej rzeki – marynowanej ryby z przyprawami i makaronem – sprawiają, że nasuwa się jedna myśl – (tani, co faktem jest niepodważalnym, choć o tym nie wspomniano w artykule) Wietnam trzeba odwiedzić.
Tezę o niesamowitości Wietnamu (w najlepszym tego słowa znaczeniu) potwierdzają turyści, którzy także odwiedzili to dzikie państwo w Azji Południowo-Wschodniej, i którzy pisali do mnie, po tym, jak zamieściłam na blogu pierwszą notatkę z podróży do Sajgonu. A ja wyciągam wniosek – Hi Chi Minh czyli nowa nazwa Sajgonu, który odwiedziłam – nie jest w ogóle pełną wizytówką Wietnamu.
Sajgonki – owszem, przepyszne – gdzie jak nie tam zresztą ich kosztować? Cudowny był tez masaż stóp. Ludzie mili, ale pod warunkiem, że dało im się zarobić, zrozumiałe, ale pewien niesmak zawsze pozostaje. I raj dla fanów owoców wszelkich. No właśnie, niby raj, ale w raju uważać trzeba, wiedzieli o tym już Adam z Ewą. Pod żadnym bowiem pozorem nie można (w ogóle w tej części, skażonej trochę tez brudną egzotyką) jeść owoców, pokrojonych przez kogoś i podanych w formie szaszłyka. Wietnamczycy mają z pewnością dużo bardziej odporne żołądki niż Europejczycy czy nawet mieszkańcy takich azjatyckich metropolii jak Kuala Lumpur, stołujący się …no, nie na ulicy na pewno. Ale owszem – widok soczystego mango koloru dojrzałego kwiatu słonecznika kusi. Mniej kusząco wszystko zabrzmi, jak powiem, że grozi to wizytą w wietnamskim szpitalu i bardzo złym samopoczuciem trapiącym przez długi czas. Właśnie tego doświadczyła spora część ekipy, z którą byłam w Wietnamie, stąd mój obraz tego państwa nie taki bajeczny.
Na dodatek bieda – ale taka, że uczucie żalu udziela się na każdym kroku, i bieda, która Wietnamczykom doskwiera z pewnością. Te wychudzone i wymęczone noszeniem ciężkich koszy pełnych owoców kobiety, małe dzieci bawiące się na ulicy… niczym, starsze próbujące sprzedać kawę mocno zabarwioną słodkim mlekiem, sajgoński specjał. A na dowód tego, że w Wietnamie jest tanio, chciałam opowiedzieć moja historię zakupu pałeczek. Ponieważ zbieram te azjatyckie sztućce, także z Wietnamu chciałam sobie taki oto suwenir przywieźć. Postanowiłam zaszaleć – wybrałam naj… i naj…, i naj… zestaw 10 pałeczek, solidnych, wykonanych z egzotycznego drewna i - podobno - kości słoniowej - choć w to nie chcę wierzyć! Owszem, targowałam się. Zapłaciłam 7 dolarów amerykańskich.
I jeszcze coś, co najbardziej zapadło mi w pamięć, a o czym autorki nie wspominały w ogóle. Może dlatego, że tylko w Sajgonie najbardziej znana rzeka to tzw steel river czyli niekończący się sznur motorynek, starych, rozpadających się, których kierowcy nie zwracają uwagei na nic, ani nikogo. Można by więc rzecz, że wszechobecny jest nakaz (bo nie zakaz, ale ryzyko duże) „przejścia nie ma”. Nie ma pasów, jest więc i za to niebezpiecznie.
Wielość narodowych flag, czerwonych, potężne budynki administracji państwowej nadają dodatkowo charakterystyczny klimat socjalistycznej republiki przed którą lata pracy.

http://www.styl24.pl/article.php/art_id,2244/title,Wietnam-Smak-Indochin/place,1/#art-top

Thursday, February 19, 2009

a masz ty. i pączkiem w mordę

W tłusty czwartek je się ciastka. Szalona Zuzia, szalona ja - pierwotnie miałyśmy być jedynymi bohaterkami tej słodkiej randki. Po "grzecznej" rybie z ryżem, pozwoliłyśmy sobie zgrzeszyć. Grzech popity dobrym szampanem, dodajmy. Ale o szampanie zaraz. Weszłyśmy do kawiarni. Wybrałyśmy najwyższe grzechy, usiadłyśmy przy wolnym stoliku. Niewiele czasu potrzebowałyśmy, aby zorientować się, cóż za szczególnych sąsiadów mamy. Pani blondynka o włosach potraktowanych olejem, albo dawno nie traktowanych szamponem, bardzo chciała skosztować naszych grzechów. Szalona Zuzia, pełna luzu: "wŁAla". Pani nie zawahała się. Uszczknęła kawałek. Wybrała mój grzech, widocznie wyczuła w nim alkohol, z którym chyba miała tego dnia do czynienia już. Może, na przykład, od rana jadła pączki - nie z różą, ale z wódką? Ale do rzeczy. Obok stolika pani (która była z inną panią, która też miała blond włosy i miała ponadto skłonność do przeklinania, i panem, który w porównaniu z paniami to po prostu siedział cicho, tak się reaguje, jak się źle wybiera widocznie), siedziała para młodych ludzi. Oni nie byli już tacy skorzy do częstowania, co obie panie blondynki bardzo rozbawiło. Postanowiły poczynania pary komentować. Głośno bardzo. A poczynania te głównie skupiały się na jedzeniu po prostu. Wiadomo, jak jemy to jemy i komentarzy nie lubimy. Ale panie komentowały. A komentarz jeden wywołał ciekawe zachowanie pana z pary. Opłacił rachunek i, zbierając się do wyjścia, podał partnerce swojej płaszcz. Sposób, w jaki to zrobił nie spodobał się pani komentatorce. "Patrz Luśka (czy inna), podaje jej kurtkę ręką , hahahaha, huhuhu, hihihi, hehehe". Pan z pary zareagował następująco: podszedł do swojego stolika, wziął kubki z niedopitą czekoladą i powiedział, że skoro panie z trójkąta (nie użył tego stwierdzenia), tak bardzo chcą spróbować smakołyków serwowanych w kawiarni to on chętnie podzieli się resztkami swoich zamówień. Wlał paniom czekoladę do ich filiżanek. Pani przeklinająca uniosła się i (waleczna bestia... bestia, rzeczywiście!) potraktowała pana, hojnego w końcu..., pączkiem, krzycząc przy tym "ty chuju, kurwa". Ponadto rzuciła się na niego, początkowo z tipsami, a tips to nie lada broń. "Niech będzie słodko, a co!", pomyślał pan i czekoladę wylał na twarz pani przeklinającej. [Teraz wyglądała lepiej przy najmniej, wierzcie!] Jednak tipsy nie wystarczyły. Ale broni równie oryginalnej użyła po chwili. Porcelany, pięknej, nie mogłam patrzeć, jak tłuką się te słodkie filiżanki.

W skrócie: kubkiem go w łeb. Krew na obrusie, czekolada na kanapie. Potłuczony serwis na ziemi. I pani przeklinająca jeszcze głośniej niż dotychczas: "On mnie poparzył gorącą czekoladą, co za prostak, oj źle trafiłeś, mój mąż jest prokuratorem, proszę zadzwonić po policję, on będzie za to w sądzie odpowiadał, nie daruję mu". I zadzwoniła do męża, przynajmniej tak sie odgrażała. Ciekawe co pomyślał pan z trójkąta.

Czasem lepiej popełnić falstart, drogie panie kelnerki.

A uczestnicy zdarzenia też zostali potraktowani. Miło. Dobrym szampanem.

Ciekawe jak rozwijałby się nasz związek, Zuziu szalona, gdyby tak właśnie wyglądała nasza pierwsza randka.