Friday, July 1, 2011

Wrocław weekendowo.

Wrocław. Jest piękny. Gratuluję Mu tytułu Europejskiej Stolicy Kultury. Zasługuje na to i mi to udowodnił właściwie w niecałe 30 godzin. Polska Wenecja - jak najbardziej. Gucio nie był może ozdobną gondolą ze stylowo ubranym gondolierem, podśpiewującym włoskie serenady. Ale niczego sobie stateczkiem z kameralnym klimatem na pokładzie. Już krótki rejs wokół Uniwersytetu Wrocławskiego, Ossolineum, Ostrowa Tumskiego i nowoczesnych apartamentowców ze świetnym widokiem na Odrę udowadnia mi, że Wrocław to najładniejsze miasto, które dotychczas widziałam w naszym kraju.
REJS PO ODRZE

Po rejsie była kolacja na Rynku z klasycznym widokiem na kolorowe kamienice. Co ciekawe, zamieszkałe przez Wrocławian, którzy, choć żyją non stop w środku zamieszania, bardzo sobie chwalą lokalizację. Może to o tyle dziwić, że podczas tych paru godzin, ktore spędzamy na Rynku, cały czas odbywają się pochody trębaczy, małe koncerty i festyny innej maści, a okna w tych kamienicach nie wyglądają na najbardziej szczelne. I tak zapewne co weekend. Co kto lubi. Aha, a że na kolację było sushi, to już w ogóle efekt najlepszy. Pewnie równie dobrze byłoby zjeść w którejś z restauracji z czeskimi przysmakami, które to miejsca nie pozwalają zapomnieć, że w Średniowieczu Wrocław był w rękach Czechów. Jednak tego typu lokale są w (owszem, stylowanych na epokę) piwnicach, a pogoda (dodatkowy plus wycieczki) całą sobą zapraszała do ogródków.
NA RYNKU




Gdybym miała pisać przewodnik 'Wroclaw - highlights' na pewno wspomniałabym o hotelu Monopol. Nowocześnie zaprojektowany taras, mimo wszystko ciekawie współgra z ładną i spójną architekturą ceglanoczerwonych dachód budynków wokół. Wyobraźcie sobie tylko, jak smakował tam szampan. Pity w TAKIM towarzystwie!
JAGODA I BARTEK

Last but not the least, chciałoby się powiedzieć, to wrocławskie multimedialne fontanny. Umiejscowione obok słodkiego japońskiego ogrodu z jednej strony (odwiedziliśmy i poczuliśmy się jak w Kioto - bezcenne) i Halą Stulecia z drugiej, potrafiły zastąpić najlepszy spektakl teatralny. Połączenie wody, kolorowych świateł, laserów - czarujących tam dosłownie - i współgrającej świetnie z tym wszystkim muzyki ucieszyło mnie po prostu. Widziałam podobne pokazy pod Petronas Towers w Kulala Lumpur i nie sądziłam, że może być lepiej. Było w weekend we Wrocławiu. Szybko nabrałam pokory i szacunku. Sobota okazała się gorącym dniem.
LASEROWY LEW

A niedzielę powitaliśmy... śniadaniem do łóżka. Nieczęsto zdarza mi się jeść w pościeli. Raz na jakiś czas zdecydowanie polecam. Ale chciałam napisać o czymś innym właściwie. A więc niedzielę powitaliśmy wizytą w Panoramie Racławickiej. Trochę niezręcznie to brzmi, ale malowidło rozciąga się na całej ścianie wewnętrznej walca, w kształcie którego zbudowane jest muzeum. W ogóle jest to ekspozycja 3D, namalowane na obrazie łąki, suche konary drzew, porzucone taczki łączą się z prawdziwymi takimi samymi przedmiotami zaaranżowanymi na podłodze, u stóp dzieła. Świetny efekt, a historia bitwy pod Racławicami, którą Polacy pod wodzą Kościuszki stoczyli i wygrali z Rosjanami, jest jedną z tych ku pokrzepieniu serc. Wpływający na wyobraźnię, ładny 30-minutowy pokaz, polecam.
RACŁAWICE


Po lunchu (znów Azja - tym razem Indie - wygrała z Polską, Niemcami czy Czechami, wstyd, wiem) udaliśmy się w towarzystwie mojej przyjaciółki Jagody Łagiewskiej do Pałacu Królewskiego, w którym mieści się Muzeum Miejskie. Nie bez przyczyny tu akurat wspominam o Jagodzie. Muzeum jest dziełem jej taty, Macieja Łagiewskiego. Czapki z głów, Panie Maćku. Pańskie wielkie zaangażowanie w tworzenie tego miejsca widać w każdej sali, na każdej ścianie, w każdej gablocie. Przyjemnie jest poznać - choć i tak pobieżnie, bo czas gonił - historię, ba! 1000-letnią historię, Wrocławia z pierwszej ręki. Najzabawniej było, jak Jagoda, pokazując prawie 100-letni porcelanowy pojemnik na ołówki, wspomniała: "a to przez lata stało na biurku u mnie w pokoju". Pałac był niegdyś siedzibą Napoleona. Odtwarzając wnętrze jego sypialni, Jagody tata odwiedził córkę (zdolną i wykształconą projektantkę wnętrz) w Paryżu, by tam, w butiku z antykami, kupić łóżko. Może na tym akurat wielki wódz nie sypiał, ale tak jak ono pochodził z Francji. Dzieła wystawy - niektóre mają 500 lat, inne rok i są autorstwa... Jagody wykładowców z ASP. To jest dopiero ciekawe spotkanie ze sztuką. Ale wracając do początków Wrocławia. Wszystko zaczęło się 1010 lat temu na Ostrowie Tumskim, który dzisiaj wcale nie stanowi ścisłego centrum miasta. To tu jednak stanął pierwszy kościół (przez wieki przerabiany na coraz potężniejszą budowlę, oczywiście!), a wokół niego osada. Kolejny gród powstał już poza wyspą. Ale też od kościoła się zaczęło. I tu zgodzę się w 100 procentach z Jagódką - jak ci ludzie mieli nie wierzyć w potęgę kościoła?!?! - i z moją mamą - kościół to instytucja, której wiedzie się bardzo dobrze od 2000 lat i o tak prosperującym biznesie marzy każdy. No nic, warto tylko wspomnieć, że losy Wrocławia są naprawdę bujne - był czeski, pruski, niemiecki. Od II WŚ jest jednym z najlepiej rozwiniętych polskich miast. W Pałacu odwiedziliśmy jeszcze wystawę listów miłosnych Franciszka Starowieyskiego do ukochanej. To były prawdziwe dzieła sztuki (nieraz bardzo erotyczne) i poszukujących inspiracji zapraszam teraz na tę wystawę do Warszawy, gdyż we Wrocławiu listy były tylko do 26. czerwca. Tak oto kolejny raz przekonałam się, że tytuł Europejskiej Stolicy Kultury Wrocławowi należy się w pierwszej kolejności.
W TLE OSTRÓW TUMSKI, TAK WYGLĄDA DZISIAJ

Na deser Marcin zażyczył sobie Stadion Miejski. Choć jeszcze w budowie, już robi wrażenie, jest wieeeelki i pomieści 43000 osób. To 43 razy więcej niż klub Stodoła w Warszawie. Nieźle.
STADION

Jeszcze tylko ostatnia kawa (amerykańska, wiem, wiem) na Rynku i ruszamy do Warszawy. Dalej historia traci kolory przez polskie drogi, więc lepiej w tym momencie skończyć po prostu.
RYNEK, RETAUSZ

Sunday, June 5, 2011

Dawno nie pisałam, teraz tylko krótko. Wykorzystam to, że w tytule mojego bloga jest "from Asia". Będzie z Azji. O okrucieństwach Chińczyków w stosunku do Tybetańczyków w najlepszym z możliwych sposobów napisała Marysia Brzezińska w swoim blogu i z całego serca zachęcam Was do przeczytania jej relacji: http://www.myfinepix.pl/pl/blog/310324/291540.


Monday, March 28, 2011

Berlin jeden choć o dwóch twarzach!

Berlin. Z jednej strony dużo historii, z drugiej dużo rozrywki, z jednej strony Wschód, z drugiej Zachód.

Wycieczka do Berlina miała wieloraki charakter. Przede wszystkim chyba była potężną lekcją. Może nie mam racji, ale zaryzykuję stwierdzenie, że oto Druga Wojna Światowa zakończyła się tak naprawdę w roku 1989. Wraz z końcem zimnej wojny.

Check Point Charlie to przejście graniczne między Berlinem Wschodnim i Zachodnim, enklawa, w 1961 roku zamknięta potężnym murem. I gdyby nie happy end (względnie happy) to naprawdę czułabym niesmak patrząc jak wszyscy robią sobie zdjęcia z pozostałościami Muru i sama też bym sobie takich zdjęć nie robiła! To w tym miejscu, dawnego Check Point Charli, miałam najbardziej poruszającą lekcję historii. W latach 1961-89 przejścia do Zachodniego Berlina ze Wschodniego (nie na odwrót, bo tego nikt chciał) nie było. To się tyczyło zwykłych obywateli, posiadacze paszportów dyplomatycznych czy współpracownicy partii mogli swobodnie się poruszać między dwoma cześciami miasta. Właściwie między dwoma miastami? Terytoriami? Jednym, zarządzanym przez Rosjan, i drugim – przez Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów. Zwykli mieszkańcy jednak pragnęli przedostać się na drugą stronę. Do rodzin, do lepszego świata. W państwie policyjnym nie jest łatwo żyć, to samo z dala (choć fizycznie bliska!) od rodziny. Byli więc tacy, którzy uciekali na drugą stronę. Oni są opisani dziś na zorganizowanym pod turystów oczywiście terenie wokół Check Point Charlie. I tak – jednym się udało, jakoś, w walizkach przemyceni przez tych, którzy mieli możliwość poruszania się między terytoriami, w wielkich ciężarówkach, w biegu itd. Ci, którzy próbowali uciec na właśną rękę, wiele ryzykowali. Na terenie granicznym żołnierze radzieccy strzelali do każdego uciekiniera, a biegające tam psy-zabójscy ... też zabijały. Opisana jest na Check Point Charlie straszna historia młodego chłopaka, który wraz z kolegą próbował uciec na Zachód. Kolega przeżył, on nie – został postrzelony, krwawił na środku drogi, i dopiero jak się wykrwawił, zwłoki jego zostały zebrane. Wolności nie było w roku 1945. Do 1961 bardzo względna, ale to się radzieckim władzom nie podobało, i tak do 1989 w miejscu, gdzie dziś turyści wcinają kanapki ze słynną kiełbasą czyli Currywurst, kilkadziesiąt lat temu była najlepiej strzeżona granica na świecie.

Czuje się tę różnicę między Wschodem i Zachodem do dziś, bo to tak jakby być trochę w Warszawie (taki „stary“ Ursynów, na przykład) i trochę ...na Zachodzie.

A co poza lekcją historii? Dużo dobrej, różnej rozrywki! Przepięknie zagrali nam filharmonicy berlińscy, widziałyśmy dzieła najsłynniejszych malarzy świata (Gemaelde Galerie, polecam), nareszcie zobaczyłam bramę świątyni Isztar, o której TYLE się uczyłam w liceum na lekcjach historii, i zresztą wiele innych pozostałości po czasach Nabuchodonozora też (mówię o Pergamonie na tzw Wyspie Muzeów oczywiście), w ZOO spotkałam Kangury, tygrysy, pingwiny, szympansy, goryle i pandy (resztę tych stworzeń berlińskiego parku zoologicznego widziałam już w ich naturalnym środowisku, ale też miło było powspominać różne wspaniałe podróże), nie mówię już o pysznościach kulinarnych. Mama skusiła się nawet na typową kiełbaskę (to był bardzo berliński lunch w jednej z knajp imponującego Sony Center), ja nie bylam taka dzielna, ale na - także wielce lokalne - ziemniaczki opiekane się zdecydowałam. A zakupy – cóż, też były, bo jak inaczej, skoro mieszkałyśmy na samym Ku-damm czyli „najbardziej sklepowej ulicy“ Berlina...


Ponieważ świat żyje obrazkiem...
Przechodząc przez Bramę Brandemburską, czyli berliński Łuk Triumfalny.

Brama o zachodzie słońca.

W centrum Berlina jest ciekawie zaprojektowane miejsce pamięci pomordowanych na całym świecie Żydów.


Pozostałości Muru Berlińskiego, ozdobione graffiti,i i wpisami turystów też, można zobaczyć na Potzdamer Platz.


Sztuka propagandy, czyli s k ą d ś to kojarzymy...

To właśnie są te pozostałości po czasach Nabuchodonozora.



Charlottenburg i Belveder (zniszczony przez wojenne bombardowania, odbudowany po wojnie), i piękne ogrody, w stylu angielskim, "nieuporządkowane", i francuskim, eleganckie bardzo - czyli kolejna kopia Wersalu.



Nie jestem dziecko z Dworca ZOO!
Stars in the mirror ;))

Monday, February 28, 2011

co ma Fujifilm do Bohaterów ostatniej Nocy

Przemówili.

Great movie, the Night's winner and my fave Natalie.

Ale to już wiecie. a tylko dodam, że oba filmy-zwycięzcy (Black Swan i King's Speech) były kręcone na taśmach Fujifilm. Brawo... :)

Wednesday, February 23, 2011

-15*C > real killer!!!!!

Zawsze RIO kojarzyłam z cudnym miastem gdzieś w pokrytej bananami Brazylii. Tymczasem RIO to Regionalna Izba Obrachunkowa i już nie wiem, czy tak lubię te zajęcia na Prawie...

Warszawo! Wyjeżdżaj na ferie częściej. Jak nie ma korków to lubię.

Na razie tyle, pa :)

Saturday, January 29, 2011

w rzeczywistości jest zimno

To zdecydowanie jakiś szatan wymyślił zimę. Właśnie wróciłam z czterokilometrowego spaceru z Morisem i teraz pozostało nam już tylko resztę dnia odmarzać. Miała już być wiosna, bazie i tulipany sprzedawali, a tymczasem mrozy w najlepsze. To ja palmę wklejam i wycieczki w ciepłe szukam.
O tak, plamy daktylowe, leżaczek, żyć nie... zamarzać - rzec by się chciało..............


A tymczasem rzeczywistość jest jaka jest. W telewizji tylko słyszymy, że wojna domowa w ukochanym przez Polaków Egipcie się odbywa i jest coraz bardziej krwawa, że Kaczyński się upiera, że co złego to nie my i to Rosjanie rozbili nam samolot, że Małysz upadł podczas zawodów w Zakopanem (i to też zapewne sprawa Tuska lub Putina), a Facebook wcale nie jest taki silny, bo jak 40 tysięcy ludzi popiera "dzień bez Smoleńska" to aplikację wykasowują. I mit o mocy portali społecznościowych jakby podupada. Wiadomo, że Facebook to nie jest drugi świat, nie rządzi się takimi samymi prawami, ale to szkoda, że w 'realu' nie można nacisnąć 'usuń', tylko się trzeba bardziej postarać, żeby, no na przykład, pewne historie w życiu zakończyć. Co jeszcze wyczytujemy z portali informacyjnych? Że na Mistrzostwach Europy w łyżwiarstwie figurowym wśród par sportowych zwyciężają Niemcy. Hm - ona nazywa się Savchenko, a on jest czarnoskóry... żeby to chociaż Turek... I znów się gubimy i nie rozumiemy. I co jeszcze się dzieje? Pojawia się na wspomnianym Facebooku bardzo mądre zdanie, które można polubić nawet. I inni też mogą to polubić i już wiemy, kto ma takie same poglądy na życie. A zdanie brzmi tak: 'The awkward moment when a t.v series finishes and you don't know what to do with your life.' To ja wiem co zrobię z życiem. Zrobię śniadanie i włączę odcinek 'Sex and the City'.

Monday, January 3, 2011

Co ma kozak do szpilki.

Na ulicach jest teraz ślisko. Poza tym jest czas imprez. Christmas parties, sylwestrowa balanga - to za nami, karnawał trwa, bale przebierane i "klasyczne" - przed nami. Klasyczne czyli zakładamy małą czarną, błyszczącą kolię i szpilki. I wracamy do pierwszego zdania - jest ślisko. To trzeba być prawdziwym kozakiem, żeby chodzić po oblodzonej ulicy w szpilkach. Kobitki - jesteśmy prawdziwymi koza(cz)kami.

Pozdrawiam i wzdycham do... ;)

Jimmy Choo oczywiście.