Tuesday, June 19, 2007

dwie rzeczy conajmniej łączą Japonię i Malediwy



Jest tylko jedno takie miejsce, z pośród tych w których dotychczas byłam, że dwa tygodnie chodziłam bez butów. Zaraz po przypłynięciu na rajską wysepkę Embudu, buty należy schować bardzo głęboko do szafy i zapomnieć o nich na czas pobytu na wakacjach. Od teraz jedyne co założyłam na nogi to płetwy. Wynika to pewnie także z faktu, że nie wybrałam hotelu pięcio gwiazdkowego, gdzie złote szpilki na kolację to minimum. Ale to przerost formy nad treścią, przyznajcie. W dżungli - bo nawet zrobiona na najbardziej luksusowe spa wyspa pozostaje dziką wyspą, którą wielka fala zatopiłaby nie przerywając snu - nie wypada nosić ciuchów haute couture, aby wypocząć w 100% od codzienności i w 100% po malediwsku ;p

Może niektórzy myślą, że rajem jest dla mnie wielka impreza w wielkim mieście, jak Tokyu, Milano, Warszawa. Uwielbiam tańczyć i pić wino, przebywać wśród miłych ludzi, ale wolę to robić zdecydowanie na plaży. I, jak się tylko da, razem z rytmem słońca. Na Oceanie Indyjskim, na równiku, na wyspie 700m szerokości na kilometr długości, tak się oto żyje w lipcu: od 6tej rano do 8mej wieczorem. Raczej nie dłużej. Jak natura pozwala. Jak dusza chce, a inaczej nie chce. Pamiętam, tylko raz wróciłam około 1szej w nocy do domku, gdzie już smacznie spała moja mama. To była impreza!! Inny był jej wymiar niż kojarzymy ze słowem impreza, bardzo kameralna sie okazała, chociażby. Na łódce nurków, którą to łódką wypływali na nurkowanie codziennie o 6tej rano i potem w ciągu dnia. Ale impreza (impreza, bo tańczyliśmy - trochę do dźwięku fal, trochę do dźwięku laptopa; piliśmy... sok z kokosa prosto i .. takie tam) też dosyć mocno zgodna z rytmem słońca, jako że zakończona - a przynajmniej przeniesiona z dachu łódki ...pod dach ;-] - gdy lunął deszcz, silny, tropikalny, odżywczy ;)

Znam ludzi, których zastanawia, co można właściwie robić na tak małej wyspie. Dla niektórych wydaje się, że jest to upalne więzienie na piachu, a zamiast krat jest rafa koralowa oblana wodą. No dla takiego więzienia, warto kraść, zabijać (owady;p), napadać na staruszki, porywać, przemycać, handlować narkotykami...
MISIE podoba nurkowanie "z rurką", prześlizgiwanie sie między kolorowymi rybkami, oglądanie wielkich żółwi, które są na wyciągnięcie ręki i słodko się uśmiechają (one mają, jak żyrafa, zawsze uśmiech - z takimi obcować!!). Czasami na swoje grzbiety będą cię chciały porwać delfiny, których - skaczących jak wariaty jakieś ;] - widok z łóżka już od rana rozbraja twoje wnętrzności ;-)). Bywa też tak, że można się porządnie przerazić! Nigdy nie zapomnę (właśnie dlatego warto polecieć na Malediwy-tam sie robi rzeczy, które pozostają w pamięci na zawsze!!) jak płynęłam sobie spokojnie, a tu nagle 4 rekiny zmierzają - równie spokojnie - dosłownie czołowo na mnie! Ostatecznie dwa z nich minęły mnie o jakieś 5cm od maski. Najsss, myślałam, że dostanę zawału serca. Albo... na Malediwach występują (nie rzadko!) olbrzymie płaszczki, których charakterystyczne długie ogony zakończone są kolcami, a ukłucie kolcem w nogę=jej amputacja. Najsss numer 2! Albo mureny, albo różne inne stwory :-/
Wszystko razem sprawiło jednak, że przeniosłam się do zupełnie innego świata - trochę jak w Mario Uderworld (pamiętacie Game Boy'e i te sprawy??... ;p).
Byłam w zimie w Tokio w akwarium i przypomniały mi się wtedy Malediwy. Wszystko było tak samo, tylko ta szyba!!
A dodajmy, że na równiku w południe słońce świeci pionowo, zatem kolorów tubylczych, obronnych, jakkolwiek je nazwać, nabiera się zdecydowanie szybko, a gdy poziom melaniny osiągnie już pewien stopień, kremy wyrzucamy - to kolejny stopień do oderwania się od bożego świata - pięknego alabastru, tych złotych szpilek i ubrań. Tu wchodzi w grę tylko: skóra koloru mlecznej czekolady, bose stopy i bikini. Cudo :]

Na Malediwach nie czułam sie jak żadna turystka, dla spragnionych autokarowych wrażeń turystów z Niemiec i Japończyków z aparatami oraz obrzydliwie bogatych Saudyjczyków pozostawały wycieczki po różnych wyspach. Z reszta, może ciekawe i przyznam szczerze, że gdybym tam się mogła znaleźć jeszcze raz, dołączyłabym do wesołej eskapady i popłynęła zobaczyć, jak - na zamieszkałych przez rdzennych Melediwczyków wyspach - pięcioletnie dzieci wyplatają bransoletki, dostępne w H&M w dziale z biżuterią.

Ja za to wybrałam się do Male. Chciałam zobaczyć, jak wygląda najmniejsza stolica na świecie. To jedyne miejsce, gdzie nie widziałam McDonalda. Jest za to nieziemski targ rybny. I tu ciekawa historyjka, dotycząca Japonii. Malediwy stają się coraz bogatsze, mogą inwestować w hotele itp. dzięki temu, że swoje ryby - 80% powierzchni Malediwów to woda - udostępniają np. Japończykom. Ich statki wpływają na teren Malediwów, łowią pyszne tuńczyki na sushi i płacą za to rządowi Malediwów. Deal ;] Tuńczyk, skoro już o tej rybie, w Europie bardzo drogi (świeży, nie z puszki;]), tam jest śmiesznie tani. Dla spragnionych biznesu gastronomicznego, to może być wskazówka ;p

Achhhh- czyli założyłam buty!! Ale doprawdy wyprawa na Male to był wyjątek, a czy materiałowe japonki to buty to tez kwestia pod poważna dyskusję ;)

Z WŁASNYCH ZBIORÓW

MNIEJ WIĘCEJ TAK:)





joasia się
RELAXuje






WSCHÓD SŁOŃCA O 6TEJ NA EMBUDU-nasza wyspa


RAJSKA SIEDEMNASTKA ;P




BABY SHARK


FOOOOOOOOD




MALE



brum brum to nawet na Malediwach chcą robić chłopcy :)



najstarszy meczet z koralowca na świecie:)


w tle nowoczesny meczet


być prezydentem Malediwów... jak będzie, to wybiorę sie na casting na taką posadę ;p jakieś 60% Male to jego kolorowe posiadłości - od rozrywki, prywatna, służbowa etc.



rybny market i tuńczyki... :)




ISLANDOOOOO




SPECIAL




MAMA, to był enjoy!!

Saturday, June 16, 2007

Europejczycy po raz pierwszy spróbowali jej po czwartej wyprawie Kolumba w 1502 roku, ale Hiszpanom nie przypadła specjalnie do gustu aż do 1528 roku, kiedy Cortez Przywiózł jej niezbędny składnik oraz przepis i przybory do jej robienia. Stała się hiszpańską sensacją. Wówczas odwrócił się kierunek zamorskich podbojów, przynajmniej gastronomicznych. Od tamtej pory Europa pozostaje kontynentem jej fanatyków. Żona Ludwika XIV, Maria Teresa, zapewniała podobno Króla Słońce, że ma w życiu tylko dwie namiętności: męża i ją!
TYRYMTYMTYMMMMMMMMMMMM!!!!
W XIX wieku nikt inny, tylko najsłynniejszy smakosz w historii, sam Brillat-Savarin (któż to, nie wiem;p), ogłosił: "CZEKOLADA to zdrowie"!! /i przepisywał ją na wiele schorzeń dużo wcześniej, zanim nauka potwierdziła jej lecznicze właściwości/...


taka fontanna z czekoladą będzie w holu mojego domu i będzie słodko,
home sweet home:) A to jest sklep z czekoladą/y obok mojej agencji !! ;]
(do not feed the modelssss
sss!!)

i w tym sklepie leżą takie czekoladki do degustacji, które sie rozpływają w ustach ...
my deserve



  • Olmekowie (XX wiek p.n.e.) wierzyli, że czekolada (w ich przypadku w wersji wysokoenergetycznego napoju) zwiększa waleczność, sprawność seksualną i szanse na przeżycie po ukąszeniu węża.
  • Aztekowie opierali swój system wymiany handlowej na jparytecie ziaren kakaowca (jakie to piękne, ie to co teraz ;[ ).
  • Serotonina i teobromina to te składniki czekolady, które sprawiają, że - nawet jak się jest tak bardzo smutnym i zatęsknionym jak ja tutaj 11 tys. km od Was - można przeżyć (formalnie: działają korzystnie na receptory mózgu i poprawiaają nastrój).
  • 9/10 OSÓB PRZYZNAJE, ŻE UWIELBIA CZEKOLADĘ, A TA POZOSTAŁA KŁAMIE :] (ja nie kłamię, przynajmniej !!!!)

PRZEGLĄD DNI OSTATNICH :)

ALOHA nas 0tacza!!





TOKIO=toking mały miałyśmy z Ralisą ;-*


so japanese...

NAJlepsze lody na ziemi, przyrzekam :)

plants from Asia

OMOTE SANDO (taki Nowy Świat) z góry



escada, issey miyake, kenzo i valentino :] - stąd ten strach w oczach ;p
...dla spragnionych mody ;p...







  • Zjedzcie dziś dużo czekolady, należy się Wam :)

Wednesday, June 13, 2007

Świat jest mały, Aloha i wyszłam za mąż po 20 minutach snu.

ŚWIAT JEST MAŁY

W niedzielę pewien miły Brazylijczyk (barman, wygląda jak dresiarz z warszawskiej Pragi, a temperament ma iście włoski - to ci mixtura!) zaprosił kilka modelek do kina na "Piratów z Karaibów". Poszłam więc z dwoma dziewczynami z naszej agencji: Aną (Brazylijka, która to się z ową mixturą baaaaardzo ;] zaprzyjaźniła) i Ralisą (Rumunką o angielskim temperamencie, mi pasuje!). Nie wiedziałyśmy kto jeszcze ma być. Ciekawa tylko byłam czy spotkam Fernando (barwna postać, mój znajomy z poprzedniego lata, w sobotę przeszliśmy samych siebie na parkiecie, tak sobie myślę..;p). Fernando nie przyszedł. A szkoda - on by nadał atmosferze w sali kinowej jeszcze bardziej pirackiego smaku ;) - gdyby mu założyć na jedno oko opaskę byłby PRAWIE jak Johny Depp;). Przybyły za to Kości =] Jaka byłam zdziwiona:>!!
Dzień wcześniej pisałam o niej na blogu jako jednej (specyficznej, to prawda, ale...) z okoła 200 dziewczyn w mieście ('girls in town' - tak się określa dziewczyny "z Zachodu", które akurat w danym czasie są w Tokio), a teraz właśnie obok niej siedziałam i oglądałam ten znakomity film - 3h zleciały jak picie frapuccino green tea: jednym haustem cały kubek?!?!
No to tyle... Świat (w tym wypadku Tokio ogromne i ogromna liczba dziewczyn w mieście ;p) jest mały!!
P.S. do tej części: Anę odesłali =( Tyle dziewczyn tym razem spotyka taki los - ojjjjjj... nie dobrze!

Dwa pajace!!


Ekipa piratów [niedoszłych]



My!



To w ogóle była noc - z sumo też się bawiliśmy :)



Ralisa i Ana, i ja.

Whatever your name, THAT was PINA COLADA!


ALOHA

Wczoraj w pracy miałam trochę Tych, którzy nazywają mnie Aloha. To miłe, przyznam. A dlaczego tak było? Bo J-O-A-S-I-A to dla Japończyków za trudne :] Dla pana fotografa wczoraj nawet "Dżołsia" (tak, tak mnie w Tokio nazywają) była nie do przeskoczenia. Więc spytano mnie, czy mam nickname, powiedziałam: "Aloha". Jak zabawnie było słyszeć Aloha w zupełnie innej sytuacji niz przeważnie. Tym razem było tak: "Aloha? Move to the right, please!", "Aloha? Be more natural.") No nie mogę!!

Chciałabym na Malediwy z Mamą - tęsknię...


kwintesencja kiczu - dumna jestem ze swojego zakupu w 100STORE (100yen=2,5zł;]) i mojej nowej ozdoby w mieszkaniu na AzabuJubanie;-)



WYSZŁAM ZA MĄŻ!!

..już kilka razy wychodziłam z resztą!! ;)
Reklama hoteli dla nowożeńców to bardzo przyjemna sprawa. Odwiedza się urocze miejsca (i przesłodkie - tak w japońskim stylu), a wymagają od Ciebie jedynie porządnego zaangażowania w postaci pełnego, naturalnego uśmiechu :-D Sukienki są oczywiście śliczne i chyba już wiem, w jakiej będę chciała wystąpić na ślubnym kobiercu, kiedyś tam...;-p A jak do tego nazywają cię Aloha to już W OGÓLE. Nice=]
Ale to akurat wyjście za mąż było męczące (każda praca w pewnym sensie jest mecząca), ponieważ noc przed nia nie mogłam zasnąć =( Ze smutku i tęsknoty, nie żartuję! Miło jest poznawać nowych ludzi i iść z nimi na imprezę czy kolację, ale to jednak oczywiście ZUPEŁNIE co innego niż prawdziwe stare frędzelki (jak to mówi mój kolega o przyjaciołach). Póki nie poznasz ich naprawdę dobrze, z tymi osóbkami z zupełnie innego świata rozmawia się o cioto [trochę-jap.] powierzchownych sprawach, a taki stan na dłuższą metę sprawia, że pragnie sie już szczerych rozmów, podczas kórych przerywnikami nie będzie tylko: 'oh, nice', 'that's cool'...
(Pocieszam się, że i tego trzeba zasmakować i OK, poza tym blog ten nie jest pamiętnikiem w stylu: 'mój słodziutki, wysłuchaj mnie, proszę';-))
Wracając do tego, że nie mogłam zasnąć (zdaję sobie sprawę z tego, że moje dygresje bywaja długie jak u pana Czyżewskiego na lekcjach historii na Hawajskiej, ale przemęczycie się!! A ja chcę po prostu jak najwięcej napisać 4U:*)
...Także zasnęłam o 3:40. W tym, że nie mogłam zasnąć nie pomógł mi na pewno upał i fakt, iż na pilocie do klimatyzacji są tylko japońskie znaczki - 'jak to działa??:(:(:('. Wstać musiałam o 4:00, bo jak się to w Japonii zdarza (i tak nieźle, że to nie była niedziela!), w pracy miałam być na 5:00.
Zatem - w białej sukni, welonie i z przepięknie pachnącym bukietem róż w ręku - spałam z otwartymi oczami "udając naturalny uśmiech" ;] - wyczyn!!






to był śmieszny fotograf :)


kaplica w hotelu dla nowożeńców i łazienka panny młodej -
flower power & SŁODZIAK!!



A w następnym odcinku: CZEKOLADA!!

Saturday, June 9, 2007

feel good!

Widzieliście kiedyś chodzące kości?? A ja tak :/ I miały duże modne okulary na kościach - pozostałości po nosie i te kości nie rozstawały się z papierosem, który trzymały w dwóch wąziutkich kościach - pozostałościach po wskazującym i środkowym palcu, uuuuu:/

Tak NIE A PROPOS tego, co powyżej, bo jedzenie w stylu Francuzek (czyli ... oj sporo zasad!), to nie dieta pt. 'Papierosy-jabłka-pomidory, potem papierosy-kawa, a na koniec papierosy-woda'.
Jest to coś zupełnie innego, a książką 'Francuski nie tyją' delektuję się jak... tortem czekoladowym [jadłam kiedyś i na pewno był pyszny i się nim okrutnie delektowałam, także proszę o nieoskarżanie mnie, że wymyślam!!]. Książka nie jest tylko o zasadach zdrowego żywienia - są także różne przezabawne historyjki, dla których obżarstwo i próba powrócenia do możności normalnego poruszania się dzięki wskazówkom, którymi kierują się Francuski (właściwie mają to we krwi...), także naprawdę polecam, jeśli masz chociaż minimalną wiedzę o tym, co do jest białko, węglowodan, cukier (niektóre bohaterki dowiedziały się, jak ważyły już te 100kg! - Oh, the sweet America ;]) i trochę Cię ciekawi, co jesz:)
Postaram się napisać kilka ciekawszych zasad; dla kobiet i mężczyzn, dla chudych i grubych, dla modelek, dziennikarzy, prawników, inżynierów, sportowców (potrzebne byłyby zapewne niewielkie modyfikacje!!), dla Francuzów, Amerykanów!!, Japończyków i Brazylijczyków (trochę gorzej mają mieszkańcy Afryki czy biedniejszych części Azji - tym życzę, żeby codziennie mieli cokolwiek do zjedzenia!!) etc...

Kolejność nie jest chyba do końca zachowana, ale i tak trzeba mixować, mixować, mixować... i trzymać się wszystkich punktów, by osiągnąć cel: idealne samopoczucie, jedzenie ukochanych potraw i niczego sobie figurka (FEEL GOOD!):
  • Pierwsza zasada jest bardzo cool - najważniejszym składnikiem diety zrównoważonej jest ... (nie herbata zielona, grejpfruty, sałata czy ciemne pieczywo!) MIŁOŚĆ :-)
  • Kochasz czekoladę, pizzę ;-], wino, bitą śmietanę i croissanty - ''włala!!'... ale nigdy tabliczka czekolady, cała pizza (zwłaszcza z Pizzy Hut, z poczwórnym serem i trzema rodzajami tłustego mięsa), wino? - tylko nie całą butelkę (jedynie w niesamowitych dołach dozwolona;]), bita śmietana - pyszna, ale jako dodatek do owoców a niekoniecznie prosto z dozownika do buzi (to z reszta nie jest bita śmietana, ale coś, co przypomina trochę składniki broni chemicznej!!), a croissanty proszę bardzo - do lekkiej kawki na śniadanie, ale niekoniecznie codziennie i niekoniecznie posmarowane centymetrową warstwą masła orzechowego.
  • Kolejny punkt: wiadomo, nie dwa posiłki: jeden o 11stej przedpołudniem (dwa pączki i duża kawa z karmelem, syropem czekoladowym i bita śmietaną pod sufit; bo nie było czasu na śniadanie, to teraz musi być porządne... oj NIE!!), a drugi - wielki, zdecydowanie ZA wielki na te porę! - o 22giej po pracy/szkole/męczącym dniu/5ciu godzinach spędzonych na boisku... ZA TO KILKA MNIEJSZYCH POSIŁKÓW - w tym jeden (lunch/obiad) składający się z kilku mniejszych potraw...
  • Pierwszy posiłek odżywczy, a ostatni lekki :-)
Ta dziewczynka, Brazylijka z resztą, chyba trzyma się tylko dwóch ostatnich wyrazów z moich porad (a właściwie pani Mireille Guiliano, autorki książki 'Francuski nie tyją')... Papierosy?? Lekkie przecież są, kości udźwigną ;-) HahahaHahahaHahaha :-//

Porady nie są dla chłopców moim wieku - także Michałku, costa de la luz (oj, wakacje w Hiszpanii, Aj łont!!) - idź na pizzę, Maciusiu - do Mac'a, zjedzcie sobie Chłopcy schabowego z frytkami i dużą Colą.. Dla Was to raczej na przyszłość, ale my, kobietki, którym już wszystko idzie nie tam gdzie trzeba, możemy zacząć walczyć ze sobą :]
To, że to napisałam, to także mała terapia dla mnie - żadnych pięciu kulek lodów o smaku zielonej herbaty (nawet!) o 1szej w nocy w czasie imprezy, Joanno!! ;-]]

Chociaż... Jaki facet nie poleci na taką pupcię?? J.LO. and her hips, which don't lie ;-]

Wednesday, June 6, 2007

Konichiwa !!

Na początek krótki słowniczek jap.-pol., gdybyście kiedyś chcieli zrobić wrażenie na jakimś Żółtym ;]

konichiwa [konicziła] - dzień dobry
Ohayo [ohajo] - dzień dobry, cześć (rano!!)
sajonara - dowidzenia
arigato - dziękuję
dozo - proszę
watanabe Joasia - nazywam się Joasia
ikura desuka [ikura deska] - ile to kosztuje
cioto mate - poczekaj trochę
cioto - trochę
ockaresamades - 'good job'
kampai! - przy stukaniu się kieliszkami ('na zdrowie!', 'za lepsze jutro' etc...)
o gengi desuka [o gengi deska] - jak się masz
gengi des - dobrze
hai - tak
// {oni nie mówią 'nie', nawet jak się z czymś nie zgadzają to tylko sie uśmiechają i mówią: 'hai, hai' - cóż za okropne fałszerstwo, brrrrrr!!} //


NA RAZIE TYLE, zrobię mailowy sprawdzian, a potem dalszy materiał Dzieciaczki, wiem, że tęsknicie za szkołą, dlatego troszczę się o Wasze samopoczucie (tym lepsze już od siódmego roku życia, im więcej sprawdzianów w ciągu tygodnia!! Czyż nie?? ;-D)


Teraz obiecana historyjka ...


Pierwszej nocy... ojjjjj, w ogóle miałam sporo przygód ;] Po pierwsze w agencji myśleli, że przylatuję w środę, a był poniedziałek, ale szczęśliwie ktoś raczył po mnie wyjechać, także już około 21.00 - wylądowałam o 18.00 - spotkałam mojego menagera (jak to brzmi dostojnie, a to w gruncie rzeczy tylko nasz kierowca, którzy przedstawia nas na castingach, ale tak go się tu nazywa, bo 'driver' to byłoby zbyt poniżające - tak mi ktoś kiedyś wytłumaczył... Przy okazji, wyrażę swoje zdanie na ten temat: ŻADNA UCZCIWA I ZGODNA Z MORALIAMI PRACA NIE GANI I NIE JEST PONIŻAJĄCA!).
Wracając do poniedziałkowego wieczora... Już nie miałam żadnych castingów, zawoziliśmy tylko Audrey (taka Rosjanka, 10 lat siedzi w modelingu - wytrzymała dziewczyna!!) do jej apartamentu, a potem mieliśmy jechać do mnie z walizką...
Jackie - taki ma nickname nasz 'menager' - nagle mówi do Audrey (to będzie zapis fonetyczny): 'Tumoroł bi et 10 et di ejdżensi łiw gans'... A ja na to: 'Łot?? Łaj łiw gans' ('coś się zmieniło w Tokio i trzeba mieć broń ze sobą jak się wychodzi z domu, czy co??' - pomyślałam zaniepokojona). Jackie odpowiedział: 'Łel, szi olłej hes to bi goł with gans'. Rozumiecie, że byłam zmieszana...

No to nie będę nikogo trzymać nadal w zaciekawieniu (to akurat nie będzie, jak w Brazylijskim serialu, tak to bym Wam zdradziła tę słodką tajemnicę w jakimś tysiąc sto trzydziestym drugim odcinku... czyli pewnie około roku 2009, a wtedy to nie wiem, czy będzie ten blog jeszcze istniał, może...!!:)). Otóż, po prostu...
'Gans' to Gantz, młoda Rosjaneczka, z którą Audrey miała przyjść następnego dnia rano do agencji, żeby ta sie nie zgubiła ;] I już! Ogólnie, to bardzo rozśmieszyłam Jackiego, do dzisiaj /wczoraj właściwie, aaaaa!!- muszę iść grzecznie już spać!/ do wieczora wspomina moją wpadkę:)

Porcja zdjęć teraz (a w następnym odcinku kilka mądrych jedzeniowych rad dla Każdego, które wyczytałam w znakomitej wręcz książce, którą dostałam od Mamy Zuzi C. - Słońce, I miss You and kiss You:*)


Rebeca (ma współlokatorka) czeka na casting.




Tokio, moja okolica, by night i by impresjonizm - coś się rozmazało ;]



I na koniec trochę Disneylandu - Myszka Minnie czeka na Mikiego (powiedzmy, że taki uczynię opis do tego zdjęcia ;p)

Monday, June 4, 2007

Joasia from Asia

Opowiem kilka historii...
Np. Co sprawia, że stereotyp Francuza jest taki, że zna on tylko swój język i dlatego go nie lubimy?? [już w samym słowie 'stereotyp' jest coś pejoratywnego]
Otóż... Na lotnisku Charles'a de Gaul'a przed samym wejściem do samolotu jak to sie zwykle dzieje, daję bilet, żeby oderwali co trzeba i wpuścili do rękawa (jego szerokość wskazywała na to, że 777 Air France zabierze dużo nas, oj tak!). No i Pani mi mówi coś po francusku i mnie nie puszcza dalej. Oh, yeah! 'AJ DONT SPIK FRENCZ, DIJER LEJDI', powiedziałam... 'O, JU DONT SPIK FHENCZ, JU KENOT CZEńCZ JOH SITUEJSZON..., łI HED TO PUT łAN FAMILY TUGEDEH, SORI...', zafrancużyła po angielskiemu... Mój wzrok, mam nadzieję, wyraził to, co sądziłam o tej pani. Specjalnie sie check'owałam przez internet w domu, żeby mieć miejsce na nóżki czyli w rzędzie na emergency exit, ale nie... :]
I wiecie co? Moje nowe miejsce tez miało miejsce na nóżki..;) Ale pani i tak beszczelna, bo niech sobie sadza rodzinkę razem, ale z ta nieznajomością francuskiego. Wrrrrrr!

Poza tym, mieszkam w tym samym mieszkaniu co w zimie i jest moja pościel i ręczniki, które tu zostawiłam, ale tym razem także zabrałam, więc pozostanę przy czyściutkich z domu (zdjęcie łóżka poniżej;p). Mieszkam ze śliczną Szwedką (ale z brązowymi włosami!!), mówi, że w mieście duuużo dziewczyn i, że nie lubi naszej agencji, bo ją opieprzyli, że się nie uśmiecha na castingu. Cóż, trzeba niestety, ale rozumiem, że ona nie chce robić z siebie laleczki... No zobaczymy, jak to będzie. Trochę w ostatnią noc przed wylotem, jeszcze w domu, przeraziła mnie myśl powrotu do domu dopiero na 'opadanie liści', jak to określił mój brat, także zobaczymy...
KONIEC 'rozkminiania' (co za okropne słowo, kminku, poza tym nie lubię!), ale na imprezę też nie pójdę, Rebecco!! Raczej do snu :-)

Dla tych, co myślą, że muszę spać na ziemi, po japońsku...



A teraz jeszcze tylko napiszę, że uwielbiam tę okolicę w Tokyo, w której mieszkam, nazywa się Azabu-Juban (Roppongi), jest dużo Europejczyków, gorące japońskie źródła, sklep z sokiem z miąższu z mango i mini-supermarket ;] (absurd... ;p - MARKET!!) z lodami zielona herbata od Haagen-Dazs :) I tak jakoś swojsko, fajnie, miejmy nadzieję, że jutro - wyspana i rozeznana trochę jak sprawy, dzięki którym tu jestem, także będę miała uśmiech na buzi, pisząc coś na moim blogu :-) No poza tym, fajnej muzyczki słucham! :-)

Pozdrawiam gorąco (dosłownie!, a co to będzie w ciągu dnia:/) Czytelników mojego bloga z TOKIO :-*

p.s. Maciuś, dzięki za licznik na blogu :-)

Saturday, June 2, 2007

jutro Azja

Joasia from Europe jeszcze... ale niedługo, jutro wylot.
Siedzę na kanapie w dużym pokoju i sprawdzam... Pogoda w Tokio - 'jak cię mogę' [czy: 'jak cie moge...?...]. Co mam jeszcze sprawdzić? Chyba nic, internet mam też w domu w Tokio. Więc zacznę chyba przygotowania... Nie mogę sie zebrać. Cieszę sie, ale dziwne to uczucie, gdy trzeba się spakować na 1/4 roku do jednej walizki. Ale... Jak to mnie pan Maciej Sz. nauczył, ucząc się na youtube robić hotdogi: każda parówka ma dwa końce, więc z drugiej strony dobrze, że zabieram tylko jedną walizkę i niewielką torbę na laptopa, portfolio i jakieś drobiazgi jako bagaż podręczny.

Tego co przeżywałam lecąc do Japonii w styczniu i wracając w lutym nie chciałabym już doświadczyć i nikomu nie życzę. Chyba niektórzy znają tę historię, ale dla niewtajemniczonych - ostrzeżenie: jeżeli możesz zabrać 20 kg bagażu do nadania i 8 kg podręcznego bagażu, to nie pakuj 40 kg tego pierwszego i 15 kilogramów drugiego. W takim przypadku będziesz musiał: wyjąc część rzeczy i pożegnać się z nimi na cały czas niebytu w kraju, rzeczy które są ponad normę trzeba będzie z kolei sprytnie ukryć... Tak jak jest bezrobocie ukryte lub tzw. szara strefa, jest też bagaż ukryty... Proste: z bagażu do nadania trzeba wyjąć te 15 kg, na 25 się zgodzą (np. po długich pertraktacjach i użyciu specyficznego argumentu, że jak ktoś waży 100 kg i ma bagaż 20 i 8kg to się równa 128... Jak ktoś waży 50 [około;-]] i bierze bagaż 30 i 10 to jest [około] 90 kg...). Jeszcze pozostaje jeden ciężarek czyli podręczny plecak - miałam taki wieeeeelki plecak z laptopem, toną książek, ładowarek, kosmetyków..;-p Zatem około 5 kg usuwamy. Z tych pięciu kg z dwoma trzeba sie będzie pożegnać (jeżeli ktoś będzie baaaaaardzo tęsknić do nich, niech poprosi rodzinkę, aby koniecznie na lotnisko na powitanie przybyła z nimi lub może je zdeponować gdzieś na lotnisku, będą czekać na pewno!!). Ale i tak pozostaje 13 kilogramów, zgodzą się na 10 max... 3 kilogramy (np. laptopa i jakąś cięższą książkę) dajemy mamie (tacie, siostrze, przyjaciółce... w moim przypadku była to dzielna i zawsze pomocna Zuza Olędzka :-*), która odchodzi na dalszy bok z tymi rzeczami o wadze 3kg... Ja podchodzę do check-in i jak gdyby nigdy nic daję bagaż 25 kg, ważymy też podręczny: 10kg - ujdzie! Następnie bierzemy od takiej 'Zuzy' 3 kg i w ukryciu - aby nawiedzony pan z check-in'u nie dojrzał co robimy (mam nadzieję nie trafić znowu na takiego zezowatego typka metr pięćdziesiąt w kapeluszu, który chyba swoją wrednością leczy kompleksy... [w lecie dużo łatwiej uszło chyba 28kg i 10... Ale to były inne linie lotnicze.]) Właśnie ten ukryty bagaż pakuję do podręcznego, który już na zawsze dla ograniczonego pana z check-in'u będzie ważył 10 kg, hahahahahahahahaha!!

Mały plan na dzisiaj: dostać bilet lub chociaż e-ticket, żeby wiedzieć o której jutro wstać, pranie, prasowanie, pakowanie, zakupy, spotkać się choć na sekundę z przyjaciółkami, OK - dam radę, klucz to wiedzieć co robić i mieć cel, to tak w ogóle, chyba??!!??!!??!!

Budda czeka ... :)